25.04.2012

Breaking News: Monografia Fritza Heckerta autorstwa Stefanii Żelasko

.
Mail nadszedł dzisiaj, niespodziewanie. Krótki, lakoniczny, ale radosny:
.
Tomek, nie mogę uwierzyć. Możesz reklamę robić. Promocja książki 11 maja.
Do zobaczenia i dzięki. Stefania

.
O co kaman, zapytają Państwo? Niech mówią obrazki z załączonej do maila ulotki; a właściwie arkusza drukarskiego:




.
Kolejny już tom z cyklu szklarskiego autorstwa doktor Stefanii Żelasko lada dzień ukaże się na rynku, jak podejrzewam - na razie wyłącznie niemieckim. Chełpić się mogę tym, że dorzuciłem do publikacji jakąś tam cegiełkę, w postaci tłumaczenia kilku passusów na język niemiecki (lub dokonując korekty napisanych po niemiecku tekstów). 
Mam nadzieję, że promocja książki odbędzie się także w Muzeum Karkonoskim w Jeleniej Górze, choć po prawdzie - to dość zawiłe zagadnienie...
Krótki fragment z książki, wycinek z życiorysu Friedricha Wilhelma Heckerta - po polsku - pozwalam sobie zamieścić poniżej.

Do takich światłych i ambitnych menadżerów należał Fritz Heckert, założyciel w r. 1866, początkowo w Szklarskiej Porąbie, następnie w Piechowicach malarni i rafinerii wyrobów szklanych, którą spadkobiercy, wierni jego artystycznej idei rozbudowują i przekształcają z czasem w hutę z towarzyszącymi jej warsztatami zdobniczymi. W r. 1862, gdy po raz pierwszy przyjechał ze swoim teściem w Karkonosze, wynajmując pokój w słynnym pensjonacie Prenzelbaude w Michałowicach, z pewnością jako letni młody człowiek nie dysponował kapitałem. Należy wysunąć hipotezę, że na zakup pierwszej szlifierni pieniądze wyłożył majętny teść. Zaznaczyć trzeba, ze Fr. Heckert był bardzo przedsiębiorczy, umiał sobie zjednywać i pozyskiwać ludzi, dlatego też nie należy się dziwić, ze największa śląska firma spedycyjna von Loesch wyłożyła kapitał, udzielając mu pożyczki pod budowę późniejszej huty szkła.

Fr. Heckert rozpoczął działalność w środowisku o ustalonej już europejskiej renomie, w zakresie kreowania i zdobienia artystycznych wyrobów ze szkła.

Począwszy od średniowiecza, w oparciu o naturalne bogactwa, takie jak złoża kwarcu i lasy oraz woda, na tych terenach ciągle kwitła, trwała tutaj sztuka szklarska, istniała bogata tradycja, kontynuowana nieprzerwanie, pomimo burzliwych losów tej ziemi. Zmieniali sie władcy, nie zawsze sprzyjający tego typu działalności, ale mimo to dominowała ona w życiu artystycznym i ekonomicznym Kotliny Jeleniogórskiej.

23.04.2012

No, to co? Pomożecie?! Niech się zawiosni!

Froda ruszyła dzisiaj rano na poszukiwania tej prawdziwej wiosny. Poniżej to, co znalazła.




 

12.04.2012

Na 70. urodziny Mistrza Wielkiego Walońskiego, Szklarskoporębiańskiegoo


Juliusz Naumowicz  Człowiek-Instytucja. Nie, nie tylko w Szklarskiej Porębie: wygrzebane razem z pięknymi okazami mineralogicznymi tradycje walońskie rozprzestrzeniają się dzięki Niemu płomieniem żywym, ogarniając tę najpiękniejszą część Dolnego Śląska. Jego Stara Chata Walońska to jeden z cudów Szklarskiej Poręby (jest ich wiele, weźmy na przykład... ja wiem...? Przemka Wiatera? To nota bene Kanclerz in personam Sudeckiego Bractwa Walońskiego). Jula pasja to - pośród tęczy barw Szklarskiej Poręby - koloryt najwyrazistszy.
70 lat? Mistrzu! Walonia i jej Walończycy wieku nie liczą! Tobie lat nie przybywa, Ty w swej Postaci ślachetniejesz. Niczym wino przednie, niczym złoto najwyższej próby. 
Trwaj, Mistrzu; bądź nam Gwiazdą Przewodnią pośród siedmiu gwiazd. Bądź nam "Mente et Malleo".
.
"Rzeczpospolita" pogniewa się bardzo; mam nadzieję, że Katarzyna Giereło (dziś: z kreską i Klimaszewską) mniej - za to, że na siedemdziesiątkę przypomnę tutaj w roku 2012 pewien reportaż z roku 1999. Bo warto, mimo zastrzeżeń prawno-kopyrajtowych!
.
Kamieniotłuki

22.10.1999 - Katarzyna Giereło
Juliusz Naumowicz to miłośnik gór i minerałów, zwolennik legendy Rzepióra. Spełniony biznesmen nie potrzebuje, jak mówi, więcej pieniędzy dla siebie. Pomaga odmieńcom, podobnie jak on, zafascynowanym podaniami o Walonach - poszukiwaczach złota i drogich kamieni. 


Jeśli sami czegoś nie zrobimy, nie mamy prawa narzekać, że nic się nie dzieje - mówi Juliusz Naumowicz, zwany przez przyjaciół Julem. Sam jest przykładem prawdziwości tej maksymy. Ciągle ulepsza stworzone przez siebie Muzeum Ziemi w Szklarskiej Porębie. Tym razem wymyślił, by przed muzeum stanęła ogromna rzeźba Rzepióra - ducha Karkonoszy.
Kościsty starzec ze zwichrzoną brodą sięgającą do kolan zostanie wykonany z lipowego drewna przez miejscowego artystę Leszka Smagałę. 
Duch gór 
- Musi być wyobrażony ten duch gór. Gdy pytam dzieci przychodzące do mojego muzeum, jak wygląda duch Karkonoszy, żadne nie potrafi go opisać. Rzeźba ma przedstawiać postać półdziką, półnagą, z twarzą schowaną w kudłach. Słowem faceta, który właśnie wylazł spod ziemi odetchnąć pełną klatą - mówi Naumowicz.
Rzeźbiarz Smagała nie może utrzymać się tylko z tego, co stworzy, więc Naumowicz postanowił mu pomóc. Da mu pieniądze na otworzenie przy muzeum małej smażalni pstrągów. Smażalnia i zarybione jezioro tuż obok muzeum to nie jedyne jego pomysły. Planuje, że przy muzeum pojawią się szlifierze obrabiający kamienie szlachetne starymi metodami. Agaty, kwarce i inne minerały będą szlifowane za pomocą kamieni poruszanych przez wody przepływających nieopodal strumieni.
- Jeśli mogę pomóc człowiekowi, robię to. Chcę zebrać tych ludzi, którzy coś ciekawego robią, a nie bardzo sobie radzą z rzeczywistością. Ja już dosyć zarobiłem. Teraz muszę dzielić się z innymi. 
Tak wyglądali Walonowie.
Dziesięć lat temu Jul miał wypadek. Spadł z wysokości dziesięciu metrów. Szpital, a potem długa rehabilitacja niewiele pomogły. Wózek inwalidzki będzie mu towarzyszył do końca życia. Od czasu wypadku angażuje się w popularyzowanie wiedzy o okolicy, w której się urodził - Szklarskiej Porębie i Karkonoszach. Prócz działalności w muzeum, która pozwala mu zarabiać na życie, z archiwalnych zapisów i map odgrzebuje dawne legendy. Nie tylko o duchu gór, ale też o Walonach. 
Jul i Jan
Zaczęło się za sprawą Jana Sztaudyngera, słynnego twórcy fraszek, który mieszkał w Szklarskiej Porębie.
- Byłem wtedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej. To był rok 1952. Podczas zabawy w jaskini tuż obok mojego domu znalazłem wyjątkowo wypolerowany, tajemniczy, czarny kamień. Żeby się dowiedzieć, co to jest, zwróciłem się do mieszkającego po sąsiedzku Sztaudyngera.
Dom Jula to równocześnie muzeum minerałów.
Wyróżniał się intelektem, więc wszyscy się do niego zwracali nie tylko w sprawach sztuki czy literatury, ale też z codziennymi sprawami. Jedynie on był w stanie objaśnić, co znalazłem - wspomina Naumowicz.
Tym czarnym kamieniem był morion, czyli kwarc dymny. Powstał w tak zwanej żyle pegmatytowej, gdzie pod bardzo wysokim ciśnieniem bulgocze woda o temperaturze trzystu stopni Celsjusza. Najładniej ukształtowane i barwne odmiany kryształów i kwarców powstają w pegmatycie w wolnych przestrzeniach wypełnionych powietrzem. Takie dziury zwane są kawernami lub pustkami.
- Po dokładnym objaśnieniu, co znalazłem i jak to coś powstało, Sztaudynger opowiedział mi legendy o Rübezahlu, zwanym po polsku Rzepiórem, a po czesku Krkonoszem. Opowiedział mi też legendy o Walonach. Uświadomił mi, że w nie byle jakim miejscu na świecie się znalazłem. Ja zaś bardzo poważnie potraktowałem jego opowieści - mówi właściciel muzeum.
Od tego zaczęła się jego przygoda z kamieniami. Właził w każdą dziurę, by znaleźć coś niezwykłego. Często trafiał na resztki sztolni, na narzędzia górnicze robione jeszcze przez kowala.
Poszukiwanie minerałów nieraz mogło skończyć się tragicznie. - Gdy szukałem kwarców dymnych na świeżo zaoranym polu, jakiś pijany myśliwy na pobliskiej ambonie chciał mnie odstrzelić - opowiada Naumowicz. - Myślał, że jestem dzikiem ryjącym w kartoflisku. Na szczęście nie trafił. Gdy mnie sobie chwilę potem dokładnie obejrzał, całego w błocie i z jakimiś kamorami w ręku, bez słowa odszedł. Na odchodnym popukał się w czoło. Nie zdawał sobie sprawy, że jeden taki kwarc jest wart więcej niż jego fuzja. 
Wiara i magia 
Podczas tych włóczęg Jul natykał się czasami na tajemnicze znaki wyryte w skale. Zostawili je wspominani przez Sztaudyngera Walonowie. Ich tradycje i zwyczaje zostały prawie zupełnie zapomniane. Dziś Jul próbuje odtworzyć dzieje i zwyczaje zamkniętego klanu, którego obrzędy były mieszaniną magii, zaklęć i modlitw.
- To było bractwo, które na równi wierzyło w siłę Boga i mocy piekielnych - twierdzi Jul.
Pierwsza fala Walonów pochodziła z Francji i Belgii. Potem mianem "wolon" lub "wale" określano już wszystkich poszukiwaczy minerałów, bez względu na narodowość. Tworzyli oni Bractwo Siedmiu Gwiazd. Mówili o sobie siedmiogwiaździści. Niełatwo było do nich dołączyć. Ktoś, kto chciał zostać czeladnikiem w bractwie, musiał przejść próby ognia, ziemi, wody, żelaza i krwi. Próba ziemi polegała na zakopaniu po pachy nagiego kandydata w ziemi. Biedaczysko musiał się wydobyć bez niczyjej pomocy.
- Nie mogę ujawnić, na czym polegają inne próby, bo właśnie prowadzimy nabór kandydatów na czeladników. Sięgamy do legend, by odbudować tradycje - relacjonuje Naumowicz, który wskrzesza w Szklarskiej Porębie bractwo siedmiogwiaździstych. Robi to w swoim domu, w którym się urodził. Budynek pochodzący z dziewiętnastego wieku ma jeszcze starsze fundamenty, o czym przekonał się jego właściciel po powodzi dwa lata temu. Wtedy potok, który przepłynął przez środek chaty, odkrył fundamenty i stare śmietnisko z kamieniami półszlachetnymi. Odkrycie dobitnie potwierdziło, że kopacze byli tu obecni już przed kilkuset laty. Dlatego Jul nazwał swój dom "starą chatą walońską". Właśnie tam są przeprowadzane próby kandydatów do bractwa.
Na razie jest tylko dwóch czeladników. - Nie ma więcej, bo kandydaci są zbytnio strachliwi albo motywację mają nie taką jak trzeba. Nie można zakładać, że chce się zostać "walonem", żeby się dorobić. Takie założenie jest błędne - krytykuje Jul młodych adeptów.
Naumowicz postępuje zgodnie z dawnymi przykazaniami Walonów, którzy wszechstronnie sprawdzali czeladnika. Po wypróbowaniu jego dzielności, brano go do różnych prac - transportu, zanoszenia urobku, kopania rowów. Przez pierwszy rok nie dopuszczano go do poszukiwań. Musiał się sprawdzić w trudnych warunkach. Zachować milczenie, pobożność, skromność i solidarność. W praktyce szczególnie przydatna była ta ostatnia, ze względu na częste wypadki w górach i w sztolniach.
Jeśli wytrzymał wszystkie próby, stawał się pełnoprawnym kopaczem, zwanym kamieniotłukiem, kamieńczykiem lub skalnikiem. Od tego momentu wiódł samotniczy tryb życia. Taki skalnik zwykle był zabobonny jak żeglarz. Kobieta nie miała do niego dostępu, bo uważano ją za istotę nieczystą, demoniczną, mogącą sprowadzić nieszczęście. Kobieta nie mogła nawet towarzyszyć poszukiwaczom przy kopaniu szybów i płukaniu urobku w strumieniach. Do grona czeladników przyjmowano tylko kawalerów. 
Powróz z sadłem żmii
By wypadków było mniej, siedmiogwiaździści stosowali zaklęcia, modlitwy i obrzędy. Przez siedem dni przed wyprawą poszukiwawczą pościli. To wzmagało czujność. Zmysły się wyostrzały, człowiek stawał się zwinniejszy.
Na koniec postu w kaplicy, której resztki zachowały się na Orlej Skale w Szklarskiej Porębie, święcono wyposażenie potrzebne do prowadzenia poszukiwań, na przykład amulety i talizmany, które odstraszały złe moce, ale miały też zastosowanie praktyczne. Na przykład sznur konopny, jak podaje legenda, "na 21 łokciów długi", nasączony był żółcią szczupaka i sadłem żmii. Substancje te impregnowały go, więc nie butwiał i, ponoć, rzadziej się urywał.
Na wyprawę nie ruszano bez wirguły - różdżki z leszczyny, którą wycinano tylko raz w roku, w Wielki Piątek. Służyła za kierunkowskaz. Trzeba było też mieć Biblię oraz krzesiwo, miedziane wahadło, zestaw młotków, szpilek, klinów, czarny kij jaworowy z uchwytem z rogu kozła, kompas, lupę, nóż, "który nigdy nie dotykał chleba", kalendarium dni, "w których złe moce odstępują od skarbów i wolnymi je czynią", relikwie św. Wawrzyńca, patrona zielarzy i kamienników, dzwonek loretański, wodę i kredę poświęconą w Trzech Króli. Bez tych przedmiotów Walonowie nie szli do pracy. Zanim rozpoczęli poszukiwania, dla zabezpieczenia przed "złym" okadzali teren, który wybrali.
Siedmiogwiaździści prowadzili poszukiwania samotnie lub w kilkuosobowych grupach. Na czele stał wassermaister, który doskonale znał topografię, wiedział gdzie i na jakiej głębokości znajdują się złoża złota lub kamieni szlachetnych, znał tajemnice spiętrzania wody w złotonośnych potokach, co ułatwiało jego wydobycie.
Walonowie znalezione skarby w połowie przeznaczali na biednych i na Kościół. Sprawiedliwego podziału strzegła starszyzna. Pilnowała ona też, by siedmiogwiaździści dotrzymywali postu, prowadzili bogobojny tryb życia, byli wolni od rozpusty i szerzyli radość wśród braci..


Walonowie
Poszukiwacze złota i kamieni szlachetnych zwani Walonami przybyli w Sudety z Belgii i północnej Francji w XI wieku na zaproszenie Bolka Świdnickiego I. Zostali tu aż do wojny trzydziestoletniej w pierwszej połowie XVII wieku.
Pierwsze szczegółowe zapisy o bogactwach Karkonoszy sporządził w latach 1425 - 1456 Antoni de Medici. Na pergaminach umieścił szkice i opisy występujących tu kamieni półszlachetnych i wiadomości o złocie. Później J. Volkelt w podręczniku z 1771 roku pt. "Von den ehemaligen Goldbergewerken Schlesiens" pisał, że w 1675 roku Antonio Wahl z Wenecji w rzece Kamiennej przepływającej przez Piechowice i Jelenią Górę znajdował czarne kamienie wielkości kurzych jaj, które na trzy łuty węgierskie zawierały dwa łuty złota. Według tego samego podręcznika w rzece Bóbr było dużo żwiru, kwarcu i pirytu z domieszką złota. Szczere złoto miało występować w okolicach skałek zwanych "Szachownicą" w Przesiece oraz w okolicach Śnieżnych Kotłów koło Małego Stawu i na Hali Izerskiej w Złotych Jamach. Po Walonach ocalały nazwy miejsc i potoków: Złota Jama, Płuczka, Płucznik, Czarna Płuczka, Złotoucha, Złotówka, Złoty Widok oraz mistrzostwa w płukaniu złota.

10.04.2012

Poświętnie wspomnieniowo

Święta - jak święta: były, minęły. Nie chcę wdawać się tu w jakieś quasi-religijno-ateuszowskie rozważania powiem, ze lubię te dwa dni u progu wiosny; a że nie potrafię dzielić z Wiernymi radości z corocznego zmartwychwstawania w niczym piękna tych dni dla mnie nie umniejsza. 

Wczoraj, w ramach wielkanocnego spaceru udaliśmy się ku Górze. Szybowcowej. A tam ruch jak na jarmarku. A i knajpeczka nawet otwarta! Kogóż tam nie było: podobni nam spacerowicze z psami, modelarze prezentujący swoje latające machin(k)i, paralotniarz odrobinę nieszczęśliwy, pary bez lotni, całe rodziny... Kolorowo, wesoło, normalnie. I pogodowo przepięknie. 
Odnoszę wrażenie, ze potencjał Góry Szybowcowej pozostaje od ponad wieku zupełnie niewykorzystany...


Las nad Płoszczyną: między zimą a wiosną
Płoszczyna i Góry Kaczawskie
Powietrzna gonitwa zdalnie sterowana
Piloci naziemni
Nalot na Kotlinę Jeleniogórską
Samolot "Czerwonego Barona" w barwach wroga?
Start na parapencie - spod hangaru

Kurs na Jelenią Górę, jednak paralotniarz nie doleciał...

05.04.2012

Poprawianie drobnych błędów i przejęzyczeń powiatowych

Całkiem świeżo w pamięci mamy niezwykle "fachowe" tłumaczenie strony internetowej miasta Jelenia Góra, w którym pan Zawiła Marcin (P. T. Prezydent Prezydialny) został przemieniony w Complexa Martina, a podobnych śmiesznostek było całe mnóstwo. 

Przypadkiem natknąłem się na stronę naszego Starostwa Powiatowego, tę jej część, która skierowana jest do odbiorców niemieckojęzycznych. Łeb urywa twórczość swobodna oparta na kanwie gramatyki i ortografii języka niemieckiego, choć z językiem niemieckim niewiele mająca wspólnego. Opowiedziałem o tym Beacie Czystołowskiej z Muzycznego Radia, odezwał się Jacek Sałaputa, nagraliśmy moją krótką wypowiedź, którą skomentował pan Dzierzba Wiesław, dyrektor Wydziału Promocji, Turystyki i Sportu Starostwa Powiatowego. Wczoraj poszło na antenie.


Pokażę więc, czego się "czepnąłem": 
Na powyższym przykładzie widać oznaczenie błędów, które znalazłem na JEDNEJ stronie formatu a-4 (po przelaniu tekstu ze strony internetowej do Worda). Stron jest razem ponad cztery, każda aż błyszczy wspaniałością językową. No, dobra - zdarza się. Być może lepsze to, niż przekład strony internetowej w translatorze Google'a, prawda, panie prezydencie Martinie Complexie?

Jednak powaliło mnie, poraziło coś innego: oto do powyższego odniósł się wspomniany już Dzierzba Wiesław. I tu - zaskoczenie pełne, albowiem SzanPan Dyrektor wygłosił prawdy objawione (a mi nieznane) na tematy zarówno filologiczne, jak i związane z błędami na powyższej stronie. Cytuję: 
„Tak…, zwróciliśmy uwagę, ze były niektóre wyrazy rzeczywiście może trochę źle napisane. […]
Z uwagi na to, że strona ta była tłumaczona gdzieś około pięć lat temu, a więc… to... rzeczywiście ten język nie był tak tu popularny i w tamtym czasie nie mieliśmy aż tylu tłumaczy […]
Dodam tylko, że… naprawdę… jeśli chodzi o tłumaczenia to jest problematyczne, bo w zależności z jakiego regionu Niemiec jest, tak też to się tłumaczy […]
Drobne przejęzyczenia, czy tam… te błędy, to trzeba będzie oczywiście naprawić".

No to ja sobie pozwolę skomentować komentarz pana Naczelnika: 
  • Szanowny Panie! Ten tylko nie robi błędów, kto nic nie robi; ale przy takiej liczbie tych dyskwalifikujących tłumacza błędów na Państwa stronie internetowej bezpieczniej byłoby faktycznie nie robić nic!
  • Pięć lat temu, miły Panie, tłumaczy w Jeleniej Górze było pod dostatkiem, nie wiem czy nie więcej, niż obecnie. Zaznaczę: tłumaczy profesjonalnych, znających jezyk niemiecki. A sam język niemiecki był wówczas o wiele bardziej popularny w regionie, niż obecnie - za sprawą turystów niemieckojęzycznych  niezwykle licznie ściągających w te strony. Szczerze mówiąc; każdy kelner, barman, czy recepcjonista hotelowy, w którym turyści ci przebywali byłby w stanie stronę te przetłumaczyć lepiej, a z pewnością nie popełniając tylu błędów.
  • Rozwalił mnie Pan Naczelny..., oj Naczelnik, Wielki Znawca niemieckich regionalizmów, gwar i dialektów, stwierdzeniem, że teksty tłumaczy się w zależności od regionu Niemiec. Pomijając fakt, ze Jelenia Góra wraz z całym powiatem, a nawet z całym byłym województwem jeleniogórskim od z górą 60 lat leży w Polsce (czy Szanowny Pan Naczelnik przespał ostatnich sześć dekad?), a językiem tłumaczenia powinien być język literacki niemiecki (zwany z obca "Hochdeutsch", Panie Naczelniku), to zapewniam Pana, że ów Hochdeutsch nauczany jest we wszystkich szkołach każdego szczebla tak w Niemczech, jak i w Polsce. Co nie przeszkadza, że regionalnie mówi się regionalnymi dialektami (w Niemczech i w Polsce). Zonka Pan strzeliłeś, panie Woodchat Shrike (by pozostać w konwencji translatorskiej).
  • Wreszcie: "drobne przejęzyczenia", które trzeba będzie naprawić... Oby skutecznie, oby szybko - i oby takiej masy pomyłek w swojej własnej pracy dyrektorsko-wydziałowej nie zbywał Pan słowami "drobne błędy". Nie przystoi. Ładniej brzmi: "przepraszam, daliśmy ciała, już się bierzemy za promocje walorów turystycznych powiatu na poważnie...". Czego serdecznie Panu, Państwu i sobie życzę! I odrobiny pokory...

P.S.: "Pacze ja i oczom nie wierzę!" - wersja niemiecka strony została zamknięta (5.IV.2012), pojawił się na niej taki oto obrazek:
http://www.starostwo.jgora.pl/turystyka_de.html

Jest nadzieja, że "poprawianie niektórych źle napisanych wyrazów" zakończy się przed przejściem Naczelnika Woodchata Shrike'a na emeryturę. Zasłużoną!!!

(Informacja w Muzycznym Radiu ukazała się wczoraj, 4.IV.2012 r. w Raporcie Regionalnym o 15.30)


Drugi P. S.: Kto zechce sięgnąć do tekstu (wprawdzie niesformatowanego) zdjętego ze strony Starostwa - znajdzie go na WayBack Machine.

03.04.2012

Wrocław w budowlanym rauszu

.
Tort weselny bez śmietany. Pudło na kapelusz. Sylwetka Hali Stulecia we Wrocławiu już wówczas była obiektem ironicznych komentarzy. To zadziwiająca budowla, wzniesiona w 1913 r. hala wielofunkcyjna z odważnie zaprojektowaną samonośną kopuła o rozpiętości 65 m. W 1948 r. właśnie w niej Pablo Picasso i Max Frisch dyskutowali o tym, w jaki sposób świat może stać się lepszy, w 1997 r. czczono tu papieża Jana Pawła II.
Od czasu do czasu hala zapadała w letarg. Przewodnik miejski Arek Cencora wspomina, jak to za młodu modlił się, by w Hali Stulecia, która pomieścić może 10.000 ludzi, zjawiło się przynajmniej 15 osób. „Gdyby przyszła choćby jedna osoba mniej, nie obejrzelibyśmy zapowiadanego filmu rosyjskiego”. Kino programowe z czasów bloku wschodniego.

Kalendarz imprez jest wypełniony

Dzisiaj w Hali koncertuje Joe Cocker, a kalendarz imprez jest zapełniony. Nieotynkowany beton, który niegdyś szokował, od renowacji jest znów widoczny. Żadna farby, żadne zdobienia nie zakłócają surowej estetyki.

Kilka kroków wiedzie na tereny zielone. Zostawiamy przepełnioną manią wielkości Halę Stulecia za sobą, o zmierzchu fontanna w sadzawce rozbłyskuje różnymi kolorami, na jej tle pozuje do zdjęcia Młoda Para , a pod obrośniętymi zielona winoroślą arkadami współgrają światła i cienie.

Hala Stulecia to tylko jeden z wielu obiektów budowlanych, które przyciągają we Wrocławiu uwagę. „Wrocław” – tak brzmi polska nazwa dawnego „Breslau”. Po zakończeniu II WŚ miasto nad Odrą stało się polskie. Można również rzec: stało się polskie ponownie. Historia tego miasta studentów z jedenastoma uniwersytetami i 620.000 mieszkańców jest tyle długa, co różnorodna. Niewątpliwie jest to świetne miejsce dla przedsiębiorstw budowlanych. W najbliższych latach we Wrocławiu zainwestowanych zostanie 1,5 miliarda euro w duże projekty i ulepszenie infrastruktury.

Nowa hala koncertowa kosztować będzie 100 milionów euro

W czerwcu na nowo wybudowanym stadionie rozgrywane będą mecze o tytuł mistrza europy. Otoczony półprzezroczystą membraną owal pomieści 42.000 widzów. Następnej wiosny gotowa ma być nowa sala koncertowa Narodowego Forum Muzyki z 1800 miejscami: projekt wart 100 milionów euro, o wyjątkowej akustyce, przeznaczony dla publiczności z całej Europy – mówi naczelny dyrektor muzyczny Andrzej Kosendiak. Jeden z najbogatszych ludzi w Polsce, Leszek Czarnecki, stawia sobie w rodzinnym mieście pomnik: powstaje Sky Tower o 50 piętrach i 212 metrach wysokości, z luksusowymi apartamentami i sklepami. Widok z tarasu na dachu jest fantastyczny, stąd dojrzeć można nawet Karkonosze. Sam projekt tej wieży to nudna architektura inwestorska, jej otoczenie jest równie ponure. W przeciwieństwie do szykownej Starówki z kolorowymi, renesansowymi fasadami i gotyckimi kościołami, dzielnica wokół Sky Tower to postsocjalistyczna pustynia. Nadmiernie szerokie ulice przebiegają pośród zaniedbanych budynków z wielkiej płyty. 70 procent budynków wrocławskich zostało pod koniec II WŚ zniszczonych, całe dzielnice legły w gruzach.

We Wrocławiu, przeżywającym inwestycyjny boom w czasach industrializacji na początku XX w. panował głód mieszkaniowy. Słynni architekci tamtych czasów eksperymentowali z nowoczesnymi formami budynków mieszkalnych, niektóre z powstałych wówczas osiedli – jak choćby Ernsta Maya – podziwiać można do dzisiaj. Dwa lata po powstaniu osiedla Weißenhofsiedlung w Stuttgarcie, w 1929 r. nowa architektura zaprezentowana została we Wrocławiu: modelowe osiedle „Wuwa – Wohnung und Werkraum” (mieszkanie i praca) obejmuje 30 budynków mieszkalnych o płaskich dachach i kubistycznych formach.

Wrocław był bastionem klasycznego modernizmu

Modelowe osiedle Wuwa, laboratorium klasycznego modernizmu, to bardzo zielona okolica, położona na wschód od Hali Stulecia. Nie wszystkie budynki przetrwały minione 80 lat. Przede wszystkim jednak nie ma tu żadnego oznaczenia, żadnej tablicy informacyjnej dla dzisiejszego turysty. Na szczęście są tacy przewodnicy, jak Arek. Flagową budowlę Wuwy, dom dla samotnych Hansa Scharouna znaleźć można najłatwiej. Niczym rozciągnięta litera S trwa sobie w parku. Z historycznego eksperymentu mieszkalnego dla samotnych i par bezdzietnych utworzono obecnie hotel.
W centrum miasta obejrzeć można kolejne istotne obiekty czasów modernizmu: choćby dom handlowy Petersdorff autorstwa Ericha Mendelssohna: budynek przy ulicy Oławskiej do dzisiaj przykuwa uwagę swoimi zaokrąglonymi szklanymi narożami i długą linią szyb, emanując nawet po 80 latach elegancja i lekkością. Również dom handlowy Wertheima – również dzisiaj popularne miejsce zakupów o nazwie Renoma – świadczy o tym, że Wrocław był ostoją klasycznego modernizmu. […]
Do 1945 r. w mieście mieszkało 33.000 Polaków i pięciokrotnie więcej Niemców. Dwa lata później niemieccy mieszkańcy zostali wysiedleni, pozostało ich 17.000, ludność miasta składała się z przymusowo wysiedlonych Polaków ze Wschodu, którzy we Wrocławiu zaczynali swoje życie od początku.[…]
(Opuściłem dwa krótkie niezbyt istotne dla całości fragmenty oraz akapity końcowe, w których mowa jest o dojeździe do Wrocławia, noclegach, stronach internetowych wrocławskich etc.).
Tekst: Dorothee Schöpfer,  31.03.2012; opublikowany w Stuttgarter Zeitung.

02.04.2012

Wernersdorf - Pałacu Pakoszów drzwi otwieranie (cz. 2)

Tę część rozpocznę cytatem z folderu pałacowego: Otwarty przez cały rok Pałac z unikalnym połączeniem historii, dziedzictwa, pięknego ogrodu, atrakcji oraz znakomitą restauracją jest świetnym wyborem przez cały rok. Najwyraźniej Inwestorom bardzo na sercu leży "całoroczność" pałacu, bo to stwierdzenie powtórzyli dwa razy w dość krótkim przecież zdaniu. I dalej: Ten zabytkowy obiekt dysponuje 19 pokojami i Apartamentami, których wystrój stanowi idealne połączenie nowoczesnego designu i historii. Zaznaczę, że tekst widnieje w dwóch dalszych językach (niemieckim i angielskim), a łopatologicznych powtórzeń - przynajmniej w wersji niemieckiej - nie ma. Mówi ona: ...barokowa posiadłość wiejska z XVIII w. przemieniona w luksusowy dom gościnny, tchnie atmosferą klasycznego Śląska (zamkniętą) w bryle budynki i w ogrodzie. Wspomniałem już wcześniej, że owego magicznego ogrodu nie znalazłem, przed pałacem rozciąga się 3-hektarowy pusty plac otoczony kamiennym murem, a do powstania "tchnącego założenia parkowego" droga daleka.

Zajrzyjmy więc do pokojów i apartamentów pałacowych. Oto kilka obrazków.
Pokój dwuosobowy. Pomysł na łazienkę z wanną niemal na środku pokoju - ciekawy. Dobrze, że choć kibelek jest oddzielony matową szybą.
Część sanitarna innego pokoju (kibelek przywodzi mi na myśl szafę, a w związku z tym pewną anegdotę związaną z moim Ojcem, alkoholem, porannym poszukiwaniem toalety po omacku i uwolnieniem nadmiaru płynów do... szafy trzydrzwiowej, stojącej w pokoju).
Połączenie luster, nowoczesnych lamo, starych (lub na stare robionych) elementów wyposażenia robi wrażenie.
Największy z udostępnionych do zwiedzania apartamentów
To musi działać na wyobraźnię: kibelek i bidecik "zawieszone" nad widocznym i ciekawie podświetlonym starym stropem niższej kondygnacji. Kłopoty z załatwianiem potrzeb fizjologicznych mogą mieś osoby cierpiące na lęk wysokości.
Komunikację między kondygnacjami zapewniają takie oto schody: połączenie szkła, drewna i marmuru sprawia wrażenie lekkości, ale także klinicznej czystości. Do dyspozycji gości jest jednak również winda.
Pokoje są niezwykle jasne, świetlne, gustownie i skromnie urządzone (chociaż gustowność ta nie całkiem trafia do mnie). Niewątpliwie przebija tu filozofia połączenia nowoczesności z zaakcentowaniem ledwie delikatnym zabytkowego charakteru obiektu. A ponieważ ostatnia historyczna przebudowa wnętrz pałacowych nastąpiła na początku XX w. (o późniejszej planowej dewastacji nie wspominam), to pewnie taka koncepcja chłodnego luksusu nie powinna szokować. Mnie wyłącznie dziwi.
O dwóch miejscach wspomnieć należy jeszcze niewątpliwie: basen w przybudówce i Sala Barokowa. Prezentują się one tak:






Niewątpliwie jest przepięknie odrestaurowana Sala Barokowa perełką tego obiektu. Sięgnę tu po tekst ze strony internetowej pałacu: Na szczególną uwagę zasługuje ponad 100 metrowa sala, której strop został ozdobiony freskami przez jednego z uczniów Willmanna. 
Alegoryczny obraz prezentuje góry lodowe pokryte śniegiem, pejzaże morskie z łodzi udających z towarem do wspaniałych wybrzeży południowych, krajobraz z chmurami, z których wyłania się męska postać z kosą - Kronos oraz dwie postaci wsparte o kulę ziemską, które dzięki swoim atrybutom - wadze i mieczowi uważane są za Justitię i Marsa. 
Sala ta została w dużej mierze zniszczona. Zachowało się jedynie kilka fragmentów fresków. Plafon odtworzył jeden z bardziej znanych niemieckich artystów - Christoph Wetzel, którego dziełem było również odrestaurowanie kopuły kościoła Frauenkirche w Dreźnie. Istotnie poziom prac renowacyjnych jest imponujący. Sama sala również.

Jeżeli mogę sobie na koniec pozwolić na króciutkie podsumowanie: tłum zwiedzających przewijał się wczoraj przez wszystkie udostępnione do zwiedzania pomieszczenia pałacowe, w restauracji przesiadywało kilka osób z otoczenia Właścicieli, popijając z pięknych kielichów białe wino, w barze kominkowym przecudnie pachniało kawą. Jednak trudno w takim "dworcowym" klimacie wyczuć atmosferę domu: za duży ruch, żadnej możliwości na zagłębienie się w siebie przy kawie lub kieliszku wina, na próbę nawiązania metafizycznej bliskości z duchem pałacu. Mimo tego odniosłem wrażenie, że w tych wnętrzach nie czułbym się dobrze: to trochę nie moja bajka, choć niewątpliwie bajecznie w pałacu jest. Może się mylę, może ten tłum zwiedzających, trwające (nie tego dnia wprawdzie) ciągle jeszcze prace budowlane nie pozwoliły mi "poczuć" pałacu. Koniecznie trzeba będzie zawitać tu ponownie, gdy zapanuje spokój, gdy będzie okazja do rozmowy z Właścicielami. A jednak radość ogromna - o czym już pisałem - że jest, że lśni nowością, że będzie funkcjonował i rósł. Najszczerzej życzę tego Inwestorom i Właścicielom!

01.04.2012

Wernersdorf - Pałac Pakoszów otworzył podwoje (cz.1)

Z przygodami dotarłem do Pakoszowa (to część Piechowic, leżąca nad Kamienną), by wziąć udział w otwieraniu drzwi właśnie odrestaurowanego pałacu. Cóż, Pierwszy Kwietnia, a więc Prima Aprilis, to dzień równie dobry, jak każdy inny - i istotnie: przed posiadłością kamiennym murem otoczoną aut moc, a i piechurów cała masa. Doszliśmy do bramy (Froda i ja, ale także kilka innych osób w pałacowe wnętrza skore się wtulić) - i pierwsze rozczarowanie: wprawdzie pałac w tle narysowany słońcem, które raczyło..., ale wokół pustka... znaczy: ogród pałacowy to terra inexplorata, bo "incognita" z pewnością nie. Widać zarys przyszłego parkingu: położone są krawężniki, a pomiędzy nimi niewypełniony jeszcze wykop...
Bryła pałacu lśni bielą fasad i grafitem dachówki... ku drzwiom wiedzie brukowana aleja, po której ze swobodą poruszają się również samochody. Gdy wspomnieć to samo miejsce sprzed dwóch - trzech jeszcze lat: przemiana jest imponująca. Do głównej bryły - co rzuca się w oczy natychmiast (bo łamie założenie architektoniczne) - doklejono podłużną przybudówkę, w której jak się okazało mieści się basen z przyszłym ogrodem zimowym i tarasem letnim. 

Zanim w "Drzwi Otwarte" wstąpiłem, zrobiłem mały obchód: oto obrazki:


Przepięknie stąd widać zamczysko na Chojniku, ale - co łatwo wydedukować z dwóch poprzednich zdjęć - robót w otoczeniu Pałacu Pakoszowskiego jeszcze co niemiara.
Uwiązałem psa na zewnątrz i postanowiłem skusić się na otwartość (drzwi). I tu Zonk: oto odpadła klamka od drzwi zewnętrznych, puścił kiepski spaw... Drzwi Otwarte stały się fortecą nie do przejścia, przynajmniej chwilowo...
Taki mały prima aprilis: wraz z innymi łaknącymi wrażeń z wnętrz stanęliśmy przed nagle na głucho Zamkniętymi Drzwiami z głupia miną. Na szczęście tylko przez chwilę...


A we wnętrzach... Tu pozwolę sobie "pojechać zdjęciami":
Bar kominkowy
Korytarz z "odkrytymi" stropami niższej kondygnacji
Wejście na drugą kondygnację
Sala boczna restauracyjna
Sala konferencyjna - tego dnia przeznaczona na prezentację multimedialną
na temat pałacu i jego odbudowy
Basen (w przybudówce bocznej)
Bar raz jeszcze
Teraz powinna nastąpić prezentacja kompozycji architektonicznych przeznaczonych dla Gości: pokojów hotelowych. Zdjęcia mam, ale o tym napiszę za kilkanaście godzin: muszę się oswoić z tą koncepcją, z tym pomysłem Inwestorów. Zaznaczę natychmiast: imponujące są pokoje, ładne, jasne i przestronne..., ale... 
Nie, nie dzisiaj.

Na Zabobrze wracałem piechotą: wzdłuż Kamiennej, przez Orle, Cieplice i Celwiskozę. Zmęczony jestem odrobinę, więc nie chcę, by stan ten wpływał na tekst, który kolejnym fotografiom będzie towarzyszył. 

Jedno nie podlega żadnej dyskusji: oto zyskuje nasza Dolina Pałaców i Ogrodów kolejny niezwykły obiekt hotelowy, bardzo nowoczesny, choć obramowany wielce szacownym murem minionych wieków. I za to wielką wdzięczność Państwu Inwestorom wyrażam. 


A trasę mojej z Frodą wędrówki z Pakoszowa na Zabobrze (przybliżoną) można znaleźć na GoogleMaps.

Flagi

free counters