31.03.2010

Dotacje dla Jeleniej Góry z EFRR


"Ponad 23 mln zł unijnego dofinansowania przyznał Jeleniej Górze Zarząd Województwa Dolnośląskiego. Pieniądze przeznaczone będą na rewitalizację miasta. W sumie zrealizowanych zostanie 12 projektów" - to z cytowanej już dzisiaj strony "Dolny Śląsk".
"Nowiny Jeleniogórskie" i "Jelonka" zachłystują się rzekomą hojnością Urzędu Marszałkowskiego. Oczywiście bardzo cieszy fakt, że do Jeleniej spłyną w końcu (na końcu?) tak potrzebne przecież pieniądze, jeszcze bardziej, że może po latach obiecanek niespełnionych coś zacznie się dziać z miejskim "kanałem wstydu", z Młynówką: "4,4 mln zł unijnej dotacji trafi z kolei na odbudowę kanału Młynówka wraz z zagospodarowaniem terenów nadbrzeżnych. Przedsięwzięcie obejmuje odbudowę zdegradowanych terenów poprzemysłowych obejmujących kanał Młynówka rzeki Bóbr wraz z terenami do niego przylegającymi oraz budowę ścieżek pieszych i rowerowych. Odnowione będą tereny zielone oraz postawione nowe ławki".
Teraz kilka danych liczbowych: budżet naszego miasta na rok 2010 kształtuje się następująco: dochody - 336 290 129 złotych, wydatki  - 428 345 560 złotych, dług - 198 068 608 złotych. Te 23 miliony zł dotacji to niecałe 7% dochodów miasta i nieco ponad 5% jego wydatków. 
Na realizację Program dla Województwa Dolnośląskiego przeznaczono łącznie 1 829 141 053 euro, z czego 1 213 144 879 euro to środki Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (EFRR), natomiast 416 767 227 euro to wkład krajowy oraz 199 228 947 euro - wkład prywatny.
Wspomniane 23 miliony złotych dla Jeleniej Góry to około 5,8 miliona euro, a więc 3,17% sumy programu. Niewiele, jak dla czwartego co do wielkości miasta w województwie.
Studzę więc zachwyty nad szczodrością marszałka Łapińskiego, a jednocześnie cieszę się, że pieniądze są. Oby tylko nie utonęły bez śladu w brudnej Młynówce.


I jeszcze: Andrzej Szpak w TVP Wrocław
"[...] Jednak po kolejne unijne pieniądze Jelenia Góra będzie sięgać teraz bardzo ostrożnie. Wprawdzie obecnie jej zadłużenie wynosi tylko 34%, jednak miasto będzie musiało zaciągnąć kredyt w wysokości około 40 milionów na pierwszy etap budowy obwodnicy".

Piosenka "W sam raz" na dzisiaj


Czesław Śpiewa

Tuż przed prima-aprilisem: "Coraz lepsze drogi w regionie jeleniogórskim"

Zima się skończyła, przynajmniej na tę połowę roku, a portal Dolny Śląsk (skądinąd całkiem udany graficznie i merytorycznie) uświadomił nam, jak wspaniale dba o drogi w regionie jeleniogórskim. Lead tekstu, wybity grubą czcionką, głosi: "W latach 2008-2009 drogi w okolicach Jeleniej Góry były sukcesywnie modernizowane. Dzięki temu, kierowcy mogą czuć się pewniej i wygodnie podróżować do celu". 
A dalej już tylko lepiej: "Ważną inwestycją realizowaną w latach 2008-2009 była przebudowa szlaku kolejowego ze Szklarskiej Poręby do granicy państwa. Kolejarze wyremontowali tam 13 km torów i podkładów kolejowych. Dzięki temu pociągi będą mogły kursować znacznie szybciej niż dotychczas. Wartość prac to prawie 14,5 mln zł. Na odcinki tym trwają jeszcze prace, ale remont zbliża się do końca. Termin zakończenia wyznaczono na maj 2010 r.". To naprawdę wiadomość optymistyczna. Będziemy mieli piękne torowisko - a jeśli jego eksploatacja przekazana zostanie tzw. "Kolejom Dolnośląskim" to pięknie pojeździmy... autobusami, i to wcale nie szynowymi. Tak już od połowy marca dzieje się na odcinku Lwówek Śl. - Jelenia Góra i wszystko wskazuje na to, że to stan trwały. Podobnie zresztą jest na trasie Kłodzko - Kudowa Zdrój. W obydwu przypadkach argument jest taki sam: zły stan torów, powodujący awarie taboru.
Wróćmy jednak do dróg okołojeleniogórskich:
"Remont przeszło też wiele dróg regionu. Dzięki licznym inwestycjom, podniósł się poziom bezpieczeństwa ruchu kołowego. W 2008 r. odnowiono takie trasy, jak (tu wybrane odcinki - przyp. autora):
  • odcinek o długości 800 m drogi wojewódzkiej nr 366 w Kowarach;
  • odcinek o długości kilometra drogi wojewódzkiej nr 358 w Szklarskiej Porębie;
  • Szklarska Poręba-Rozdroże Izerskie (projekt zrealizowano w ramach programu Europejska Współpraca Transgraniczna Republika Czeska - Rzeczpospolita); wyremontowano odcinek o długości ok. 11,5 km."
Tak więc w regionie z funduszów wojewódzkich przez 2 lata wyremontowano 1800 metrów dróg, co daje rekordową liczbę 3 metry na dzień roboczy. Remont Drogi Izerskiej to inne finansowanie i trochę inna bajka.
Są też wielkie, nieomal autostradowe plany: "Na etapie proceduralnym znajdują się następujące inwestycje: budowa obejścia drogowego Mysłakowic i i Kostrzycy w ciągu drogi wojewódzkiej nr 366 na odcinku Głębock – Kowary". Czas pokaże, ile trwa "etap proceduralny". Naturalnie nie można mieć do Urzędu Marszałkowskiego pretensji o zatrważający stan dróg powiatowych, którymi przecież najczęściej poruszają się mieszkańcy regionu. Tu nie zmieni się nic, albowiem działalność Starostwa Powiatowego jest równie zatrważająca, co stan dróg. Do tego jednak już wszyscy się przyzwyczaili. Natomiast wielkie plany inwestycyjne związane z drogami krajowymi (chociażby nr 3) i obwodnicą Szklarskiej Poręby należy na razie włożyć między bajki: póki co hasłem przewodnim są jakieś mistrzostwa w piłce kopanej w 2012 r., więc cała kasa idzie na Wrocław i okolice. W tym kontekście cieszy, że kompleks Pałac Wojanów uzyskał status rezerwowy jako ewentualny ośrodek zakwaterowania sportowców. Gestorom doradzam pilną budowę lotniska - dojazd do pałacu jest bowiem w chwili obecnej po prostu tragiczny...


Linki:
Koleje Dolnośląskie

Postscriptum: Trasa Szklarska Poręba - Harrachov może i "zadziała," ale najprawdopodobniej w oderwaniu od szlaku Szklarska - Jelenia Góra, co pod znakiem zapytania stawia sens regularnych kursów pociągów rozkładowych. "- Nie mamy pieniędzy, by ten fragment zmodernizować - tłumaczy Krzysztof Wójcik z Zakładu Linii Kolejowych w Wałbrzychu. Koszt prac oszacowano na ok. 35 mln zł. Mogą rozpocząć się dopiero w 2011 roku i potrwają co najmniej rok. Na razie pociągi będą jeździć na tym odcinku z prędkością 20 km/godz.". Więcej: w Gazecie Wrocławskiej.

26.03.2010

Popłynie kasa na zabytki - także jeleniogórskie


Dwie dobre wiadomości z prasy lokalnej:
oto w Cieplicach rozpocznie się modernizacja zespołu pocysterskiego przy ul. Cieplickiej i Ściegiennego. "Zabytek będzie udostępniony turystom. Powstanie tu centrum kultury. Sale zostaną przystosowane do wystaw organizowanych przez Muzeum Przyrodnicze. Będzie odnowiona elewacja kościoła pw. św. Jana Chrzciciela oraz odświeżone epitafia na ścianach budynku kościoła i budynku klasztoru. Wymienione zostaną okna, naprawiony dach, odnowione pomieszczenia wewnątrz i zainstalowany monitoring. Remont ma zakończyć się w 2012 roku. Jest to wspólna inwestycja miasta oraz zakonu pijarów i parafii.
Prace kosztować mają 16 mln zł. 10 mln zł pochodzi z UE" - czytamy w Gazecie Wrocławskiej.

A we wrocławskim dodatku do "Gazety Wyborczej" tekst następujący:
"Ponad pięć milionów złotych Sejmik Województwa Dolnośląskiego przekaże na remont 110 zabytków na Dolnym Śląsku. Renowacji poddane zostaną m.in. kościoły w Henrykowie i Bardzie oraz zamki Chojnik i Grodziec
Dzięki udzielonym dotacjom podjęte zostaną najpilniejsze prace zapobiegające zniszczeniu wielu cennych dzieł architektury drewnianej i murowanej, polichromii ściennych, rzeźb, obrazów i rzemiosła artystycznego.
Pieniądze z budżetu województwa dolnośląskiego pozwolą ratować zabytki w Henrykowie, Krzeszowie, Bardzie, Trzebicku, Brzegu Dolnym i Tymowej, gotyckie kościoły w Bierutowie i Sokołowcu, zamki Chojnik i Grodziec oraz pałac w Gaworzycach".

22.03.2010

Goran Bregović (Горан Бреговић) kończy dzisiaj 60-tkę...

 ~
Goran - wszystkiego naj... dłuższego!!!


Szklarskiej Poręby wojna z Lasami

W Szklarskiej Porębie zawrzało. Na włosku zawisła inwestycja w nowy wyciąg, a to za sprawą nieprzejednanego stanowiska Lasów Państwowych, reprezentowanych przez panią nadleśniczy (nadleśniczą?) Zytę Bałazy oraz jej przełożonych z wrocławskiej Dyrekcji Lasów Państwowych. Doszło więc do oblężenia siedziby nadleśnictwa przez mieszkańców: "Pikieta pod nadleśnictwem była spontaniczna. Po wielodniowych usilnych staraniach Władz Miasta, w piątek (19.03.2010) późnym popołudniem pracownicy Lasów Państwowych przyjechali na negocjacje. Nikt nie miał wątpliwości, że są to rozmowy „ostatniej szansy”. Jednak negocjacje nie przebiegały w dobrym kierunku. Dowiedzieli się o tym mieszkańcy. Późnym wieczorem wjazd do nadleśnictwa był już zablokowany. Przed bramą stało prawie 200 osób. Skandowano hasła „chcemy umowy”, „chcemy wyciągu”, „dajcie żyć”. W ruch poszły klaksony i syreny" - pisze "Głos Szklarskiej Poręby". Na dzisiaj zapowiedziana jest kolejna akcja protestacyjna:
Nie śledziłem tej sprawy, trudno mi więc zajmować stanowisko w kwestii merytorycznej. Jednak pismo burmistrza Szklarskiej Poręby, Arkadiusza Wichniaka, każe podejrzewać, że Lasy Państwowe i Nadleśnictwo Szklarska Poręba dokonują sabotażu, a niejasności przedstawione we wspomnianym oświadczeniu aż proszą się o działania CBA. Tak, podejrzewam wprost oczekiwanie na działania korupcyjne ze strony leśników. Proszę przeczytać tekst pana Arkadiusza (klik w obrazek): 

Wichniarek

Bez nowych wyciągów Szklarska Poręba sromotnie przegra konkurencję z sąsiednim Harrachovem, zamiast "Zimowej Stolicy Trójki" będziemy mieli "zimny stolec nadleśniczego", region aspirujący do miana turystycznego zagłębia południowo-zachodniej Polski utraci dziesiątki (jeśli nie setki) miejsc pracy w turystyce właśnie. Co ciekawe: największy w przeszłości oponent rozbudowy urządzeń dla narciarzy - Karkonoski Park Narodowy - pogodził się z realiami, zgodę na rozbudowę wyciągu wydało Ministerstwo Środowiska. Jednak Dyrekcja Lasów Państwowych (państwo w państwie) nie odda ani guzika... ani świerka raczej. Z pewnością nie "za darmo". Powstaje pytanie, która kieszeń otwiera się na daniny: ta państwowa, czy może urzędnicza, całkiem prywatna?

Jeżeli dzisiaj, 20 marca 2010 r., porozumienie nie zostanie osiągnięte, Szklarska Poręba na długo może pożegnać się z marzeniami o narciarskiej potędze (na miarę śląskiej części Karkonoszy). Na pocieszenie zostaną Jakuszyce i coraz lepiej prosperujące tu narciarstwo biegowe.

Linki do tematu:


Dopisek z (częściowym) happy-endem:
Arkadiusz Wichniak podpisał we Wrocławiu  "Aneks do umowy...", o który szklarskoporębianie walczyli. Teraz należy mieć nadzieję, że okoniem nie stanie inwestor... 
Treść aneksu poniżej.


Aneks Świateczny Kamien

I jeszcze: "Wyborcza-Wrocław"

19.03.2010

STC Hirschberg1919 - protoplasta KS Karkonosze

STC Hirschberg (to skrót od Sport- und Turnclub, czyli Klub Sportowy i Gimnastyczny) utworzony został w 1919 r., a po połączeniu z SV Hirschberg, pod nazwą Hirschberger SV 1919 (Hirschberger Sportverein, a więc Jeleniogórski Związek Sportowy 1919) w sezonie 1925/26 dotarł do finału rozgrywek mistrzowskich Niemiec południowo-wschodnich. Po połączeniu z istniejącym równolegle STC przyjął nazwę STC 1919. Największym sukcesem klubu było dotarcie do jednej ósmej finału rozgrywek o mistrzostwo Niemiec w sezonie 1943/1944.
Najsłynniejszym piłkarzem klubu był Fritz Machate, grający tu przez jeden, ten najlepszy dla zespołu sezon.

Klubowymi barwami były czerń i biel, a godło klubu, utrzymane w tej samej kolorystyce, przedstawiało się tak:

17.03.2010

UB, SB, Tadeusz Steć - i przewodnicy z czasów PRL

W "Jelonce" ukazał się artykuł na temat współpracy Tadeusza Stecia z aparatem bezpieczeństwa PRL. Kilka wyimków pozwolę sobie zamieścić na tej stronie, całość dostępna TUTAJ.
[...] Pierwsze zobowiązanie do dostarczania informacji podpisał w czasach stalinizmu, w roku 1952, ale później – po odwilży w 1956 roku – odżegnał się od współpracy. Lecz – jak wynika z materiałów – w 1956 roku na podstawie informacji dostarczonych przez Stecia aresztowano trzy osoby, które chciały uciec z Polski [...].

[...] przewodnik – choć odmówił „podjęcia współpracy”, jednak zgadzał się na rozmowy. Funkcjonariusze zdawali sobie sprawę, że ich – jak go określali „kontakt obywatelski” – zna wiele ciekawych danych, które mogłyby się im przydać w pracy operacyjnej. Steć też przyznał w rozmowie z esbekiem, że nie jest wrogiem socjalizmu, tylko czasami ma na dane sprawy „własne zdanie” [...].

[...] Zapisy w aktach Stecia zachowanych w IPN kończą się na roku 1970. Mateusz J. Hartwich (autor artykułu w "Sudetach", na podstawie którego TEJO wydumał sobie cytowany tekst)  podkreśla, że nie sposób jednoznacznie określić Tadeusza Stecia jako agenta, bo jego współpraca wykluczała donoszenie na innych i podyktowana była raczej presją i szantażem obyczajowym. Z drugiej strony trudno uwierzyć, że nie było więcej teczek sporządzonych na temat przewodnika, który działał czynnie niemal do samej śmierci w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach w styczniu 1993 roku [...].
Jak dla mnie - nihil novi. Pozwolę sobie tym razem na bardzo osobistą dygresję, czego na tym blogu staram się raczej nie czynić. Nie, nie dlatego, że miałem na to jakieś "papiery" (o, przepraszam, obecnie nazywa się to "teczki"), lecz z tego względu, że sam swoją - jakże skromną w porównaniu do Mistrza Stecia - "karierę" pilota wycieczek zagranicznych i przewodnika rozpoczynałem około roku 1985-86. Kurs Pilotów Wycieczek odbywał się w hotelu "Vera" w Warszawie, organizowany był przez ówczesnego monopolistę "Orbis". Z racji nie najgorszej znajomości języka niemieckiego po pozytywnym zdaniu egzaminu końcowego wyłuskany zostałem przez Biuro Polowań (mieszczące się wówczas w tzw. INTRACO I przy ul Stawki 2 w Warszawie) i zatrudniony jako "obsługiwacz" imprez myśliwskich, co sprowadzało się do roli tłumacza w leśniczówkach (szybko przyswoiłem sobie gwarę myśliwską niemiecką i polską), picia nieziemskich ilości alkoholu i jeżdżenia do z reguły bardzo oddalonych PEWEX-ów po zaopatrzenie. Moim obowiązkiem było również zameldowanie myśliwego na pobyt czasowy w urzędzie gminnym (a może powiatowym?) i "doglądanie", by wszystko było w jak najlepszym porządku - obojętnie, co miałoby to znaczyć. Po każdym polowaniu zobowiązany byłem składać pisemny raport z przebiegu imprezy, który w dwóch egzemplarzach lądował u odpowiedniej referentki w Biurze Polowań. Jeden z egzemplarzy (podpisany oczywiście moim imieniem i nazwiskiem) wędrował dalej, do pokoju tzw. "sekcji". Podobne raporty składali organizatorzy polowania z ramienia Nadleśnictwa (miałem przyjemność czytania niektórych z nich, ale to inna bajka), w których ocenie poddawany był pilot, czyli w tym wypadku ja. Również te raporty trafiały do rąk Służby Bezpieczeństwa.
Po moim "awansie" na pilota wycieczek autokarowych, a następnie na etatowego pilota BZTP (Biura Zagranicznych Turystyki Przyjazdowej) PP ORBIS moja "współpraca" z SB nie ograniczała się jedynie do pisania raportów. W każdym hotelu ORBIS-u rezydowali bowiem (wcale nie smutni) panowie w stopniach oficerskich, którzy niejednokrotnie odwiedzali mnie późną nocą w moim pokoju hotelowym. Z rozmów niewiele wynikało: oni wiedzieli wszystko o moich czynach zabronionych (na przykład handel walutą), ja wiedziałem, jaki jest właściwy cel wizyty. Kończyły się one często bardzo późną i obficie zakrapianą kolacją, zamawianą u obsługi pokojowej. Kilka razy esbecy mnie postraszyli odpowiedzialnością karną za zabronione ówczesnym prawem działania (różne handelki, także przy udziale kelnerów i taksówkarzy, nie tylko twardą walutą), ale dyskretnie przekazane dobra w postaci kilku banknotów z napisem Deutsche Mark sprawę załatwiały.
Po kilku latach znalazłem się w BTM "Juventur", na zlecenie którego prowadziłem wycieczki młodzieży z RFN spod znaku ewangelickiej "Akcji Pokuty - Znaków Pokoju". To była praca o wiele przyjemniejsza, choć związana z dużo większą dawką emocji: tygodniowe pobyty na terenie byłych niemieckich obozów koncentracyjnych, na rzecz których młodzi Niemcy świadczyli prace pomocnicze, z noclegami na przykład w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu mocno poruszały. 
W  pamiętnym 1989 r., jakoś późną wiosną, zostałem zaproszony na rozmowę z kapitanem SB. Spotkaliśmy się w kawiarni o nazwie bodaj "Hawana", na pierwszym piętrze DH "Merkury" w Warszawie, przy ul. Słowackiego. Esbek rozpoczął od przedstawienia mi listy moich wykroczeń (oczywiście, że w dalszym ciągu handlowałem walutą, a dzięki "układom" w słynnym sklepie winiarskim "Amfora" w Warszawie - także ruskimi szampanami, ale również wszelkim innym dobrem, które upłynnić można było za twarde marki), następnie kazał podpisać zobowiązanie utrzymania odbywającej się rozmowy w tajemnicy (nic więcej na tej karce nie było) i zaproponował kolejne spotkania. Co ciekawe, najbardziej interesowały go nie wycieczki, jakie prowadzę, ale panujące w Juventurze układy. Na moją sugestię, że raczej nie jestem nimi zainteresowany, stwierdził że w związku z tym najpewniej nie będę miał możliwości kontynuowania pracy jako pilot wycieczek zagranicznych. Kazał zastanowić się nad moją decyzją i obiecał, że zadzwoni w ciągu najbliższego miesiąca. Nadał mi też - co mnie najbardziej rozbawiło - "pseudonim operacyjny": oto będę dla Służby Bezpieczeństwa "Juliuszem"...! 
Zaraz potem nastał czerwiec, wybory i "przewrót" polityczny, esbek nie zadzwonił, ja w dalszym ciągu prowadziłem grupy Akcji Pokuty, a także coraz częściej zwykłe turystyczne wycieczki autokarowe z Niemiec Zachodnich, albowiem Juventur rozszerzył swoją działalność, krusząc dotychczasowy monopol ORBIS-u. No, a potem życie potoczyło się całkiem inaczej, na wiele lat  rozstałem się z turystyką... Żadnych kontaktów z bywszą i obecną służbą bezpieczeństwa już nie miałem (no, może poza piciem wódy z byłym esbekiem w "Staropolskiej", ale to lata 2008-2009).

Piszę o tym przede wszystkim dlatego, że od moich kolegów z całej Polski, zajmujących się w podobnym okresie pilotowaniem wycieczek, wiem, że i im nie układało się inaczej: sprawozdania z przebiegu imprezy turystycznej były normą, spotkania z esbecją w hotelach i poza nimi - na porządku dziennym. Dzisiaj wiem również, ilu i którzy kelnerzy, recepcjoniści z hoteli Orbisu, taksówkarze, portierzy etc. byli na tzw. pasku SB. Takie to czasy były - a przecież mówię tu o schyłkowym okresie realnego socjalizmu w Polsce.
Cóż więc dziwnego w tym, że Tadeusz Steć zarejestrowany został w okresie stalinowskim, a następnie gomułkowskim jako "kontakt obywatelski" (swoją drogą pierwszy raz słyszę takie określenie...)? To były istotnie czasy rządów bezpieki, a esbecja miała na niego poważnego haka: jego homoseksualizm. Tym samym hakiem posłużył się wspominany w artykule radny PiS-u, Mróz, gdy przeciwstawił się nadaniu imienia Stecia jednej z jeleniogórskich uliczek. Widać metody te same...
Ja nie pretenduję do takich zaszczytów - bo i po co niby, w jakim celu i za co?  Jestem jednak głęboko przekonany, że niezależnie od upodobań seksualnych, domniemanych czy faktycznych kontaktów z UB/SB, pan Tadeusz Steć z racji swoich niepodważalnych i ogromnych zasług w dziedzinie turystyki Karkonoszy, Gór Izerskich i całych Sudetów zasłużył na to, by honorować Go w naszym mieście, a nie szukać na niego haków. Szkoda, że wielu zaślepieńców politycznych sądzi inaczej.

12.03.2010

Wiosna, ach to ty...?

Zdaje się, że większość z nas dosyć ma już pory zimowej. Czekamy więc wiosny, odmiany, ciepełka, kwiecia, traw i liści zielonych... I chyba jeszcze trochę poczekamy.
Póki co słabnąca zima w artystycznych zmaganiach z pukającą nieśmiało do drzwi wiosną tworzą piękne obrazki, jakich dawno już nie dane mi było oglądać. Marzannę utopimy już wkrótce, kto wie: może właśnie w tym strumieniu?












I jeszcze Marek Grechuta.

10.03.2010

Cieplice Śląskie Zdrój na sprzedaż


O prywatyzacji uzdrowisk śląskich (i nie tylko) mówi się już od dobrych 10 lat. Sądzę, że prywatny właściciel będzie lepszym gospodarzem, niż zarządca komunalny, czy państwowy, pod warunkiem wszakże, że umowy sprzedaży obwarowane zostaną stosownymi zapisami, zabezpieczającymi interesy kuracjuszy, miast uzdrowiskowych i turystyki. "W sumie 12 firm walczy o odkupienie od skarbu państwa uzdrowisk w Jeleniej Górze, Szczawnie – Zdroju i Świeradowie-Zdroju, wśród nich głównie te z branży medycznej i hotelarskiej, ale też KGHM Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych i Sobiesław Zasada" - podaje TVN CNBC. W ubiegłym roku Roman Jałako, prezes Uzdrowiska Cieplice, stwierdził: "Jesteśmy w w niezłej kondycji. Od kilku lat mamy zyski. W ostatnim roku padł rekord. Odnotowaliśmy milion złotych zysku. Mimo to brakuje nam funduszy, by dokonać jakościowego skoku. W Polsce przeważają uzdrowiska o charakterze zdrojowym, w których pija się wody, lub uzdrowiska borowinowe. Cieplice mają najcieplejsze podziemne źródła wody. Dzięki nim przy odpowiednich inwestycjach moglibyśmy stać się liczącym w Europie uzdrowiskiem termalnym i konkurować z takimi kurortami, jak np. węgierskie Hajduszoboszlo". 
Wartość nieomal 90% udziałów w Uzdrowisku Cieplice państwo polskie wyceniło na przeszło 5,7 miliona złotych. Wszelkie dane na temat obecnego stanu prawnego, ekonomicznego etc. Cieplic uzyskać można na stronie MSP.

Dopisek  z 1 kwietnia, nieprimaaprilisowy:
"Na badanie spółki Uzdrowisko Cieplice Sp. z o.o. z siedzibą w Jeleniej Górze mają zgodę także: PUHiT SA, Sobiesław Zasada SA, STP Investment SA, P.H.G. "Chata" A i K. Kozieja Sp. J., Max-Comfort Sp. z o.o.". Najbardziej zdziwiło mnie pojawienie się firmy "Chata" - słynącej  z restauracji i hotelu "Chata za Wsią" w Mysłakowicach i innych przedsięwzięć gastronomiczno-hotelarskich. I uważam, że wcale nie byłoby złe, gdyby uzdrowisko pozostało w rękach "lokalnych"... Pan Henryk Kozieja jako polski odpowiednik Schaffgotscha...? [źrodło]

06.03.2010

PiS internetowy, PiS wirtualny

999 głosów - tyle dostał nowy-stary prezes PiS w wyborach (oczywiście w pełni demokratycznych, prawych i sprawiedliwych) na szefa tej samoniszczącej się partii. Ale nie o magii liczb chciałem, lecz o szumnie zapowiadanym, nagłaśnianym przez kilku PiS-członków młodszego pokolenia portalu internetowym pod zaskakującą nazwą... MyPiS. Ledwie bowiem wieść o tym projekcie się rozniosła, ledwo dowiedzieliśmy się, że portal ruszy w okolicy Świąt Wielkanocnych (których...?), a już internauci znaleźli pasującą odpowiedź... 
Widać do szczęścia zabrakło jednego głosu - i przemyślenia nazwy portalu... 

Alternatywna strona MyPiS.

Obrębalski straci rekomendację Platformersów Obywatelskich?

Zbliża się czas przedstawiania kandydatów w wyborach samorządowych. W mieście nad Bobrem również pierwsze przymiarki i - jak należało się spodziewać - kłopot z obecnym prezydentem, panem doktorem Obrębalskim. Samowola naszego Obrębamy w doborze swoich zastępców (przyznam szczerze, że powołanie na wiceprezydenta miasta pana Sajnoga było dla mnie aktem rozpaczy Obrębalskiego, który od dawna porusza się po kruchym lodzie) nie mogła nie zostać niezauważona w partii o cechach wodzowskich. Bratanie się z PiS-owskimi posłami (Machałek, Legutko) również nie pozostało bez echa. W pierwszym rzędzie o bardzo sceptycznej ocenie działań urzędującego prezydenta zadecydował bardzo negatywny odbiór społeczny jego działań: co z tego, że za rządów Obrębalskiego Jelenia Góra pozyskała ogromną ilość środków funduszowych, jeżeli nie przekłada się to na poprawę wizerunku miasta pośród jego mieszkańców. Zgoda: od pozyskania pieniędzy do realizacji projektów musi upłynąć sporo wody w Bobrze, jednak sygnały, jakie płyną z Ratusza, są bardzo słabe. Mimo powołania tzw. "specjalisty d/s wizerunku" notowania społeczne pana doktora sięgnęły niżej fortepianu Chopina, który - co przypominam w 200. rocznicę urodzin Kompozytora:
I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają... runął... runął - Twój f o r t e p i a n!
Nie potrafi ani pan prezydent, ani jego "zarąbisty" specjalista wizerunkowy  zadbać o ów jakże modny dzisiaj "pijar" (nie mylić z katolickim kościołem cieplickim, w którym także Pijarzy i dawnym klasztorze, który równie zaniedbany, jak ów obrębamowski "pijar"). Zresztą o tym, że się nam Obrębama "zborsuczył" pisałem już w listopadzie ubiegłego roku. Na partyjno-polityczne skutki "samowolki" nie trzeba było długo czekać. Przeciwko Obrębalskiemu opowiadają się już nie tylko mieszkańcy Jeleniej Góry, ale także lokalni funkcjonariusze i działacze Platformy Dolnego Śląska. 
Na giełdzie kandydatów PO pojawia się najczęściej nazwisko Marcina Zawiły, mającego przecież już doświadczenie ma stanowisku Szefa Miasta (lata 1990-94 i pierwszy niekomunistyczny prezydent za czasów polskości Jeleniej Góry). Wybierałem Marcina do Sejmu RP i wydawało mi się, że kadencja trwa 4 lata (przynajmniej na taki okres "posłałem" Go do Warszawy). Jeśli okaże się, że dla Marcina "koszula bliższa ciału..., a jeleniogórska prezydentura ważniejsza od mandatu posła RP, to zarzucę mu oszustwo wyborców (nie mylić z oszustwem wyborczym). Wprawdzie jest kandydatem świetnym jak na lokalne możliwości Platformersów, ale... "szlachectwo zobowiązuje", a posłowanie tym bardziej... Dość nieciekawą sytuację miałby w takim wypadku pan Firszt, dyrektor Muzeum Przyrodniczego w Cieplicach: najpierw pani Gabriela Zawiłowa, żona posła, zmieniła go na stanowisku dyrektora Muzeum Karkonoskiego (również o okolicznościach tej sprawy pisałem na blogu), teraz Marcin Zawiła zostałby zwierzchnikiem Staszka. Taki mały ambaras...
No cóż, ani powiat jeleniogórski, ani miasto nie miały przez ostatnie 20 lat szczęścia do władz: starostwo to synekura dla byłych komuchów i ich znajomych, "pałac prezydencki" przechodzi na zmianę z rąk czerwonych w niebiesko-żółte (barwy PO), a dla mieszkańców obserwujących postępującą degenerację miasta wszystko to są prowincjonalne gierki wojenne o władzę, stołki i - last but not least - kasę... I nie o wynagrodzenia urzędnicze mi chodzi... Bardzom ciekaw, kto ostatecznie będzie kandydował w wyborach samorządowych. Od kilku dni, gdy dowiedziałem się, że Platforma Obywatelska przyjmuje w swoje szeregi członków Młodzieży Wszechpolskiej (dzisiaj noszących garnitury, ale nie łudźmy się: w głowach pozostały glany, łyse pały, bejsbole i hitlerowskie pozdrowienie) - w żadnej mierze nie czuję się już wyborcą tej partii. Już tak mam, że postkomuchom potrafię zapomnieć ich czerwoność, ale brunatnych szmat nie toleruję...

03.03.2010

Reklama? Ale za to jakie zdjęcia!

°


Moja suczka wprawdzie czasami również jada karmę Pedigree, ale za zamieszczenie tego spotu nie dostaniemy kasy. Mnie zachwyciły zdjęcia (1000 klatek na sekundę). Ot, psy po prostu.

Z projektowej teki Obrębamy

Polityka Radiowa

Od dawna wolę słuchać radia, niż oglądać telewizję. Wiąże się to również z tą częścią mojej pracy zarobkowej, którą wykonuję przy komputerze, a więc jej większość. Dzięki takim urządzeniom, jak WinAmp lub radiowym stronom internetowym (Tuba.fm lub Radiotuna.com) mam dostęp do ogromnej liczby stacji radiowych. Lubię te, które łączą spokojniejszą (zgredowską?) muzykę z dużą ilością informacji, niekoniecznie wyłącznie politycznych. Słucham więc na przemian "Trójki", "Radia Wrocław", często także "Złotych Przebojów" i "Radia Plus". Ostatnio, szczególnie wczesnym rankiem, włączam radiową Jedynkę. Nie trawię TOK.fm, w którym wprawdzie występuje rzekoma "śmietanka" medialna (Paradowska, która ma głos absolutnie nieradiowy, czy Żakowski, którego poglądy i niczym nieuzasadnione besserwisserstwo po prostu wkurwia), bo linia polityczna tego radia jest nieznośnie monotematyczna. Bardzo rzadko słucham jeleniogórskiego Muzycznego Radia, bo poziom redaktorski, językowy i "mikrofonowy" tej stacji jest żenujący (podobnie zresztą, jak poziom lokalnej telewizji jeleniogórskiej "Dami"). Jeżeli więc włączam MRFM, to po to, by wysłuchać wiadomości lokalnych, trwających ok. 5 minut (przed południem co godzinę, 30 minut po pełnej). Większość informacji regionalnych czerpię więc z PRW. Oczywiście słucham także rozgłośni zagranicznych: DLF, Radio Weser, BBC i Radio Reuters.

Zniesmaczają mnie coraz bardziej działania polityków nakierowane na działalność tzw. radia publicznego (w tym wypadku: Trójka i PRW). PiS wysyła skompromitowanego psa gończego Sobalę do Trzeciego Programu Radia (czytaj choćby w Dzienniku), a ten zaczyna przekształcać program w tubę polityczną tzw. prawicy (w rzeczywistości: pazernych na władzę, niedorozwiniętych emocjonalnie bliźniaków z parciem na media). Inny egzekutor PiS-owski, niejaki Hajłasza, za wszelką cenę chce zepsuć Radio Wrocław (vide: Jak pisowski szef Radia Wrocław rządzi w rozgłośni). 
Jeżeli to ma być zachęta do płacenia abonamentu RTV i sposób na zwiększenie słuchalności obu programów radiowych, to gratuluję rezolutności i wyczucia sytuacji. W przypadku Sobali najweselsze jest to, że ten pisowski policmajster radiowy będzie teraz zarządzał kasą, którą wpłacili "sympatycy Trójki" za czasów odwołanej niedawno M. Jethon. Jak znalazł na wyborcze spoty radiowe PiS-u...
Po rezygnacji z telewizji (by nie płacić haraczu na partie polityczne - zwanego "abonamentem") przyjdzie zrezygnować ze słuchania radia. Na szczęście mam sporą płytotekę, a większość gazet prowadzi ciągle jeszcze darmowe portale internetowe. 


Ad vocem: Wywiad Wojciecha Manna
O Radio Wrocław w GW-Wrocław

02.03.2010

Odstrzał psów grasujących w lasach

Dzisiaj zacznę od zacytowania fragmentu Ustawy o lasach z 28 września 1991 r. (pełny tekst TU):
Art. 30. 1. W lasach zabrania się:
[...] 
2) zaśmiecania;
[...]
11) wybierania jaj i piskląt, niszczenia lęgowisk i gniazd ptasich, a także niszczenia legowisk, nor i mrowisk;
12) płoszenia, ścigania, chwytania i zabijania dziko żyjących zwierząt;
13) puszczania psów luzem;
14) hałasowania oraz używania sygnałów dźwiękowych, z wyjątkiem przypadków wymagających wszczęcia alarmu.

Dodam jeszcze fragment Ustawy o ochronie zwierząt z 21 sierpnia 1997 r. (pełny tekst TU): 
Art. 33a. [...]
3. Zdziczałe psy i koty przebywające bez opieki i dozoru człowieka na terenie obwodów łowieckich w odległości większej niż 200 m od zabudowań mieszkalnych i stanowiące zagrożenie dla zwierząt dziko żyjących, w tym zwierząt łownych, mogą być zwalczane przez dzierżawców lub zarządców obwodów łowieckich.

 
A teraz "pochwalę" się zdjęciem wykonanym dzisiaj w odległości nie większej, niż 500 metrów od granic dzielnicy Zabobrze, na obszarze moich - oraz licznych innych właścicieli czworonogów - codziennych spacerów z psem. 
Sarnie truchło - 2 marca 2010 r.
Las jest domem dla zwierząt. Pies (oraz jego właściciel) jest tu tylko gościem. Zwierzęta leśne odbierają go jako drapieżnika, wilka – już z daleka wyczuwają go i uciekają. W lesie, blisko miasta, zwierzęta nie mają spokoju – są ciągle płoszone przez spacerowiczów, a zwłaszcza przez biegające psy.
Właściciele psów najczęściej uważają swoich pupili za zupełnie niegroźnych lub świetnie wytresowanych. W każdym kanapowcu drzemie jednak drapieżnik, a najlepsza tresura może zawieść w konfrontacji z nagle ujawnionym instynktem łowieckim. Najgorzej jest zimą. Wystarczy cienka pokrywa lekko zmrożonego po wierzchu śniegu – sarna na swoich cienkich nóżkach zapada się, musi poruszać się powoli, każdy kanapowiec dogoni ją bez problemu. A wtedy wystarczy jedno dotknięcie zębami... 
Właścicielom psów polecam także pilną lekturę prywatnego bloga pracowników nadleśnictwa Gdańsk (uwaga, drastyczne zdjęcia!). 


Moja prawie półtoraroczna suka bardzo często biega sobie bez smyczy. Jest karna i posłuszna (no, w każdym razie: najczęściej...). Mimo to, gdy zapuszczam się z Frodą w las, nawet ten pod Górą Szybowcową - zapinam ją na długą smycz. Na łąkach, w pewnej odległości od lasu biega luzem, ale wówczas to ja bardzo pilnie wypatruję saren i innych zwierząt, żyjących w lesie, a gdy je zauważę, przywołuję Frodę, i każę jej iść koło siebie. Mimo jej posłuszeństwa wyznaję zasadę, że kontrola głosem i gestem sprawdza się na odległość nie większą, niż 20 - 30 metrów. Niemcy mawiają: "Zaufanie jest dobre, kontrola jest lepsza". Wiosną i latem ubiegłego roku, gdy Froda była jeszcze szczeniakiem, kilkakrotnie ruszyła w pogoń za dostrzeżonymi sarnami. Te na szczęście były bardzo daleko, a umiejętności sprinterskie Golden Retrievera w wieku poniżej jednego roku są raczej mierne. Taka jej "wolność" skończyła się tej zimy. Wprawdzie nawet widząc stadko saren Froda nie przejawia ochoty do polowania, ale kto tam wie, co jej do łba strzeli...
Froda na skraju lasu
No właśnie, a propos słowa "strzeli": w prasie i w telewizji mówi się sporo o sprawie odstrzału psów biegających samopas w lasach. Zasadniczo nie sprzeciwiam się takiemu rozwiązaniu, pod pewnymi wszelako warunkami. Głównym narzędziem walki z kłusującymi psami winien być mandat, słony i dotkliwy. Kary nakładane na łamiących prawo leśne właścicieli psów wynoszą od 50 do 1000 zł (dolna granica dość łagodna), w razie odmowy przyjęcia mandatu - do 5000 zł w Sądach Grodzkich, o ile sąd uzna winę posiadacza psa. Odstrzał winien następować jedynie po upewnieniu się przez myśliwego/leśniczego o nieobecności właściciela czworonoga lub też w sytuacji, gdy pies ewidentnie zaatakował lub zagryzł zwierzynę leśną. Są to działania trudne, wymagające od strzelającego szybkiej oceny sytuacji, dobrej orientacji i dobrej woli. I tak, jak pośród właścicieli psów dość jest ludzi nieodpowiedzialnych, tak pośród osób uprawnionych do odstrzału psów dość jest narwańców i "pistoletów". Po celnym zaś strzale wszelkie wyjaśnienia są mocno spóźnione - szczególnie dla psa. 

Dlatego w lesie lepiej trzymajmy nasze futrzaki na smyczy!

Flagi

free counters