29.01.2010

Zabobrze


W Gazecie Wrocławskiej artykuł o jeleniogórskim Zabobrzu (tu we fragmentach):
Z trzech stron inwestycje doszły do momentu, w którym dalsza rozbudowa jest praktycznie niemożliwa. Z jednej strony Zabobrze ogranicza gmina Jeżów Sudecki, z drugiej - ogródki działkowe i linia kolejowa, a z trzeciej - obwodnica i droga dojazdowa do szpitala.
Rozbudowa możliwa jest tylko w kierunku Dziwiszowa i Góry Szybowcowej. Najlepiej widać zahamowanie rozbudowy od strony Jeżowa Sudeckiego. Mieszkańcy ostatnich domów jednorodzinnych, wybudowanych przez Jeleniogórskie Towarzystwo Budownictwa Społecznego, mają już widok na domki w Jeżowie Sudeckim. Tam zostało jeszcze trochę miejsca na zabudowę, działki cieszą się od kilku lat sporym wzięciem.
W rękach gminy pozostaje jeszcze spora część gruntów, dużo jest w rękach prywatnych. Jeden z deweloperów stawia obecnie na pograniczu siedem domków, tzw. bliźniaków. Powstanie miniosiedle z nowymi ulicami o ładnych nazwach, np. Zielna, Łąkowa. Droga łącząca z Zabobrzem wszystkie domy w Jeżowie została w ubiegłym roku wyremontowana.
- Na terenie naszej gminy od strony Zabobrza jest jeszcze miejsce na co najmniej kilkaset domków - mówi wójt gminy Edward Dudek.
Boom na budownictwo jednorodzinne w Jeżowie na skraju Zabobrza pojawił się po 2000 roku. Wówczas uchylono wszystkie plany zagospodarowania przestrzennego sprzed 1995 roku. Można było wtedy budować praktycznie wszędzie, gdzie tylko inwestor miał ochotę. Również po stronie jeleniogórskiej pobudowało się wiele bloków i domów. Dzięki temu dziś na Zabobrzu mieszka ok. 30 tysięcy ludzi.
Deweloperzy zabudowują wnętrze osiedla, szukając ostatnich wolnych działek. Tak powstały m.in. bloki obok marketu Kaufland. W planach jest obecnie rozbudowa dróg dojazdowych do centrum handlowego Echo na skraju Zabobrza.
Nie planuje się rozbudowy ani remontów dróg osiedlowych, które są w dobrym stanie.
Do niedawna owa sypialnia jeleniogórska sprawiała odrażające wrażenie, szczególnie tzw. Zabobrze I, usytuowane pomiędzy ulicami  Jana Pawła II, Wiejską i Różyckiego. W ciągu ostatnich 3 - 4 lat oblicze bloków z "wielkiej płyty" zmienia się: wprawdzie architektura bryły ciągle jest taka sama, gierkowsko-enerdowska, ale ocieplane budynki zyskują nowe, kolorowe elewacje (niektóre wręcz oślepiająco kolorowe). Istotnie wyremontowano nawierzchnie ulic i uliczek osiedlowych (po długotrwałych robotach ziemnych, związanych z układaniem nowej kanalizacji), powstało kilka nowych pawilonów usługowo-handlowych, rozebrano straszne blaszane garaże pomiędzy ulicami Ogińskiego i Wiejską. Szkoda tylko, że całkowicie zaniedbano wewnątrzosiedlowe tereny zielone, których jest wyjątkowo dużo, jak na osiedle z "wielkiej płyty". 
Na wspomnianych w artykule obrzeżach blokowiska wybudowano szeregówki (ul. Małcużyńskiego) z zadbanymi mikro-ogródkami. Z niezabudowanych jeszcze łąk i nieużytków na granicy Jeleniej Góry i Jeżowa widać setki (no, może dziesiątki) nowych domów jednorodzinnych, niektóre z nich to prawdziwe perełki architektury. Domy zaatakowały zbocza Góry Szybowcowej, wspinając się po jej północno-zachodnim zboczu. Faktyczną granicę pomiędzy gminą Jeżów Sudecki a miastem Jelenia Góra tworzy linia wysokiego napięcia, uniemożliwiająca dalszą rozbudowę Zabobrza w kierunku sąsiedniej wsi. Natomiast wzdłuż drogi nr 365 (ul. Legnicka) w kierunku byłego "Zespołu Hotelowo-Gastronomicznego Juventur" (w ruinie) i Dziwiszowa znajdują się tereny, którymi już w 2007 r. interesowali się developerzy: to tu pierwotnie miała powstać Castorama (zlokalizowana ostatecznie nieomal w centrum miasta) lub market budowlany OBI. Teren ten nie jest objęty planem zagospodarowania przestrzennego terenu. Piękne to miejsce i wymarzone na zabudowę niską mieszkalną lub - co również przed tzw. kryzysem było tematem dywagacji - rozrywkowo-komercyjną (multikino, basen, hala sportowa itp.). 
Z mojego egoistycznego punktu widzenia wszystko mogłoby zostać tak, jak jest: przewspaniałe tereny u stóp Góry Szybowcowej, ze sporym kompleksem leśnym to zaplecze spacerowe, rowerowe, joggingowe, nordic-walkingowe i biegowo-narciarskie 30-tysięcznego Zabobrza. Kilkadziesiąt hektarów wykorzystywane jest rolniczo: w ubiegłym roku widok łanów zboża był szczególnie piękny.
Dobrze mieszka się na Zabobrzu, szczególnie w części, zwanej popularnie "Kiepurowem", chociaż oczywiście nie brakuje zwykłych dolegliwości, związanych ze specyfiką osiedla o takim charakterze.

28.01.2010

Droga nr 358 ze Szklarskiej do Świeradowa wyremontowana

Dobra wiadomość dla Świeradowa Zdroju i dla wszystkich turystów znudzonych monotonią Szklarskiej Poręby, szczególnie zimą. Oto otwarta została droga łącząca te dwa miasta (prowadząca przez słynny, acz przereklamowany Zakręt Śmierci), wyremontowana kosztem ok. 11 milionów złotych. Ponieważ jednak do każdej porcji miodu w naszym kraju przynależy spora dawka dziegciu, zacytuję wiadomość z Polskiego Radia Wrocław:
Problem w tym, że od miejsca gdzie kończy się wyremontowany odcinek, w okolicach Rozdroża Izerskiego, na kierowców czeka wielokilometrowa jazda po... lodzie i śniegu, które nie widziały piasku ani soli.
Dlaczego jeden odcinek jest dobrze odśnieżony, a drugi całkowicie oblodzony i niebezpieczny? Wicemarszałek Zbigniew Szczygieł mówi, że taki jest po prostu urok dróg wojewódzkich, które są utrzymywane w trzecim standardzie, czyli mogą być białe. Wicemarszałek zaleca ostrożną jazdę, ale już dyrektor Dolnośląskiej Służby Dróg i Kolei, Roman Głowaczewski przyznaje, że lodowa rynna na tej drodze, to prawdziwy problem, który zostanie rozwiązany, gdy tylko temperatura wzrośnie powyżej minus 5 stopni Celsjusza.
Tymczasem za kilka dni zaczynają się ferie zimowe i droga między Świeradowem a Szklarską Porębą może okazać się dla wielu kierowców niebezpieczną pułapką. Ryszard Brzozowski, wiceprezes spółki prowadzącej w Świeradowie wyciąg gondolowy wspólnie z burmistrzem Świeradowa zwracają się z apelem do władz wojewódzkich o poprawę bezpieczeństwa na niewyremontowanej części drogi 358.

Mimo wszystko cieszy, że ta piękna trasa doczekała się ulepszenia...

Urok starych zdjęć

Znalazłem w internetowych otchłaniach kilkanaście bardzo ciekawych i - z perspektywy czasu, jaki upłynął od ich zrobienia - zabawnych fotografii sławnych postaci ze świata kultury masowej. Z pewnością nie będą mieli Państwo żadnego problemu z odgadnięciem, kogo fotografie te przedstawiają...














30 spotkanie z cyklu Obserwatorium Karkonoskie

W ramach spotkań z cyklu "Obserwatorium Karkonoskie" (tak, to tu dokonaliśmy odkrycia karkonoskich Wierzcholców) w jeleniogórskim BWA odbędzie się dzisiaj kolejny miting pod tytułem "Szlaki kulturowe". Dla przypomnienia: UNICEF-owska definicja szlaku kulturowego brzmi: „lądowy, wodny lub mieszany typ szlaku, oznaczony fizycznie i scharakteryzowany przez posiadanie własnej historycznej dynamiki i funkcjonalności, ukazujący rozwój ludzkości jako wielowymiarową i ciągłą wymianę dóbr, idei, wiedzy i wartości w obrębie krajów i regionów jak również pomiędzy nimi, przez znaczne okresy czasu; powodującą wzajemną interakcję kultur w przestrzeni i czasie, którego odbiciem jest materialne lub niematerialne dziedzictwo”.
Niewątpliwie ciekawy to temat, jednak Andrzej Więckowski raczył (nie po raz pierwszy) dokonać pewnego rodzaju prowokacji wobec potencjalnych słuchaczy wykładu: do dyskusji panelowej zaprosił bowiem panią doktor Stefanię Żelasko i panią Gabrielę Zawiłę. Nie bardzo wiem, co postaci te mogą wnieść do zaproponowanego przez organizatorów tematu - nie umniejszając innych zasług obu Pań. Zabrakło mi tu zaproszenia dla Emila Mendyka, zaangażowanego w tworzenie i rozszerzanie Drogi św. Jakuba (vide: tu i tu), a więc praktyka i "pozytywnego oszołoma".  Teoretyczne dywagacje zaproszonych Pań, choć mogą zawierać pewne atuty rozrywkowe, raczej nie porwą słuchaczy. A może jednak się mylę...?





22.01.2010

Beschreibung und Geschichte von Warmbrunn...

czyli: "Opis i historia Cieplic i ich wód leczniczych", autorstwa Johanna G. Bergemanna. Kolejny tekst, który biorę "na warsztat" translatorski. Tym razem hobbystycznie - ale kto wie? Może znajdzie się wydawca również i na tę pozycję? Kryzys w końcu minie, a rządy RP (oraz instytucje samorządowe Dolnego Śląska) zrozumieją wreszcie, że nie powinno się za wszelką cenę wycinać szeroko pojętej Kultury poprzez zaciskanie pasa o jeszcze jedną dziurkę. Jeleniogórska kultura przecież i tak ma już talię anorektycznej osy... (w aspekcie finansowym).


20.01.2010

Jan Švankmajer


Bardzo podobają mi się pomysły "alchemika surrealizmu", czeskiego rzeźbiarza, poety, eseisty i reżysera filmowego. Jan Švankmajer urodził się w Pradze, w latach 1950-54 studiował na wydziale Sztuki Stosowanej w Pradze gdzie po raz pierwszy zetknął się z surrealizmem. Kontynuował naukę w Wyższej Szkole Rzemiosł Artystycznych gdzie studiował scenografię teatralną, potem przerzucił się na wydział lalkarstwa w Akademii Sztuk Dramatycznych (DAMU). W pierwszych latach po studiach pracował w teatrach lalkowych. Zaczynał od prowincjonalnego Liberca, ale już na początku lat 60. założył legendarny dziś zespół Teatr Masek w ramach praskiego Teatru Semafor. Po konflikcie z dyrekcją, Švankmajer i jego współpracownicy związali się z Teatrem Laterna Magika.
Pod koniec lat 60. Švankmajer zaczął coraz głębiej wchodzić w surrealizm. W Pradze od lat 30. XX wieku działała silna grupa surrealistyczna zasilana przez kolejne pokolenia artystów. Należała do niej również jego żona Eva, ceniona malarka, a przy okazji współpracowniczka męża. Sam artysta dołączył oficjalnie do Czeskiej Grupy Surrealistycznej po rozmowie z jej głównym teoretykiem Vratislawem Effenbergerem na początku lat 70., choć animacje w surrealistycznym duchu robił już kilka lat wcześniej.
Po 1968 w Czechach nastał jednak zły czas dla fantastów. Krótkometrażówki Švankmajera coraz częściej trafiły na półki, a w pierwszej połowie lat 70. praktycznie stracił możliwość kręcenia autorskich filmów. Przez niemal dekadę dorabiał realizując animowane czołówki do obrazów innych reżyserów (m.in. do kultowego "Wampira z Ferratu"). Za czasów komunizmu tworzył również książki, ręcznie robione w kilku egzemplarzach, bo żadne czeskie wydawnictwo nie ośmieliło się ich wówczas opublikować.




Linki:
Strona Autora (angielski)
Spis produkcji na YouTube

17.01.2010

Rocznica śmierci Tadeusza Stecia


Kilka dni temu (12 stycznia) minęła 17 rocznica śmierci "Przewodnika Przewodników", niezapomnianego Tadeusza Stecia. 


W Newsweeku ukazał się duży materiał na temat pana Tadeusza, który pozwolę sobie tu przytoczyć: 


Życiorys Tadeusza Stecia, słynnego przewodnika przewodników, pełen jest tajemnic i sensacji. Ale największą z nich jest to, że został zmyślony.

Rankiem 12 stycznia 1993 roku w Jeleniej Górze przy Orlej 3 zatrzymał się granatowy polonez. Kierowca wszedł do budynku i zapukał do drzwi z numerem 4. Nikt nie odpowiedział. Zdziwił się, bo był umówiony. Miał zabrać swojego znajomego do lekarza, bo starszy pan od kilku miesięcy skarżył się na kłopoty z sercem. Zapukał jeszcze raz. A gdy to nic nie dało, wybiegł na ulicę i z pobliskiej budki wezwał policję. Po kilkunastu minutach ślusarz wyważył drzwi. Wszędzie panował ogromny bałagan: porozrzucane ubrania, stosy kaset wideo i książek. W pokoju na podłodze leżał martwy człowiek. Miał na sobie brudny podkoszulek, kalesony, wełniane skarpety i damski szlafrok.

Wielka tajemnica

Tadeusz Steć, którego zwłoki znaleziono na podłodze, już za życia zyskał miano przewodnika przewodników. Napisał ponad 60 książek i setki artykułów. Organizował początki ratownictwa górskiego w Karkonoszach. Często można go było spotkać na szlakach, zawsze w czerwonym swetrze i berecie z antenką. Z czasem sam stał się elementem krajobrazu, a nawet symbolem Karkonoszy. Był chodzącą encyklopedią, a do tego gawędziarzem jakich mało. Turystom opowiadał niesamowite historie, w których rzekomo brał udział. Większość z nich wymyślał na poczekaniu. Po jego śmierci stały się legendami. Są powtarzane i publikowane jako fakty. Nam udało się ustalić, co w biografii słynnego przewodnika jest prawdą.

Jerzy Rostkowski, pisarz i poszukiwacz skarbów, nie ma wątpliwości, dlaczego zamordowano przewodnika. W 2006 roku opublikował książkę „Radomierzyce. Archiwa pachnące śmiercią”. Opisał w niej tajną ekspedycję z 1945 roku. W pałacu w Radomierzycach na Dolnym Śląsku żołnierze odnaleźli archiwum wywiadu pozostawione przez Niemców. Steć znał niemiecki i rzekomo był tłumaczem kierującego akcją oficera – Piotra Jaroszewicza, późniejszego premiera PRL. Według Rostkowskiego Jaroszewicza (został zamordowany w Warszawie 1 września 1992 roku) i jego kolegę zabili ci sami ludzie. W obu przypadkach wykluczono motyw rabunkowy. Sprawcy mieli zabijać, by odzyskać tajemnicze dokumenty.

Zmyślona historia

Prawdziwym źródłem informacji o dokumentach znalezionych rzekomo w Radomierzycach był Henryk Piecuch, emerytowany pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, z długim stażem w Wojskach Ochrony Pogranicza (WOP), autor książek o tematyce szpiegowskiej i przyjaciel przewodnika. – Całą historię radomierzycką wymyśliłem – przyznaje nam dziś Piecuch. – Ale Tadkowi to odpowiadało, bo dzięki temu rosła jego legenda.

Dokumenty, do których dotarliśmy, potwierdzają słowa Piecucha. W kronice nowicjatu opactwa Benedyktynów w Tyńcu zapisano, że w maju 1945 roku Steć odwiedził klasztor. Miesiąc później, 3 czerwca, przybrał imię zakonne Dawid i pozostał w klasztorze. Nie mógł więc być w tym czasie w Radomierzycach. Jednak już po roku życie zakonne przestało mu odpowiadać.

Wyjechał do Trzcińska koło Jeleniej Góry. Jego matka dostała tam małe gospodarstwo rolne. Jeszcze przez jakiś czas chodził w habicie. Miejscowi zapamiętali, że kilka razy odprawił nawet nabożeństwo majowe. Włóczył się po okolicy, szukając zajęcia. To wtedy ruszył na pierwsze górskie wędrówki. W 1948 roku rozpoczął studia historyczne we Wrocławiu. Rzucił je już po pierwszym semestrze. Wreszcie zaczepił się w Dolnośląskiej Spółdzielni Turystycznej. Malował znaki na górskich szlakach turystycznych. A gdy nadarzyła się okazja, został kierownikiem schroniska Szwajcarka w Górach Sokolich, a później Domu Śląskiego na Równi pod Śnieżką.

Przewodnik

W 1949 roku ruszył Fundusz Wczasów Pracowniczych. Pojawili się pierwsi turyści, których nie miał kto oprowadzać. Brakowało map i książek. Właściwie były, ale po niemiecku. Steć dobrze znał ten język i potrafił zabłysnąć wiedzą niedostępną dla innych. Zaczął prowadzić wycieczki i pisał artykuły do gazet.

W 1952 roku ukazały się dwa przewodniki jego autorstwa: „Wycieczki i wczasy jednodniowe z Jeleniej Góry” oraz „Zamek Chojnik”. Od razu stały się bardzo popularne. Jego sensacyjne artykuły o historii Sudetów ukazywały się w „Słowie Polskim”, „Nowinach Jeleniogórskich”, „Wierchach” i „Turyście”.

– Był geniuszem – mówi Zbigniew Dygdałowicz, filmowiec dokumentalista. – Wspólnie z Henrykiem Szoką robił film o opactwie Cystersów w Krzeszowie. Powiedział, co mamy sfilmować. Któregoś dnia przyszedł do studia, aby przejrzeć zmontowane zdjęcia. Rzucił krótko: „No to nagrywamy dźwięk”. Jak, teraz? A gdzie notatki, jakiś tekst? Odpowiedział, że nie potrzebuje. Włączyłem zapis, a on przez 40 minut gadał do mikrofonu. Potem poprosił o kawę i nagraliśmy wersję niemiecką – dodaje Dygdałowicz.

– Władze bardzo go ceniły, choć był złośliwie krytyczny wobec partii – opowiada Zbigniew Kulik, dyrektor Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu. – Gdy w 1975 roku I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Jeleniej Górze został Stanisław Ciosek, podwładni zabrali go na wycieczkę w góry. Steć jak zwykle poprowadził grupę gości z komitetu. Nie miał pojęcia, kto jest wśród nich. Opowiedział anegdotę o nowym sekretarzu Ciosku, któremu powiedziano, że trafi do góry. On miał nadzieję, że chodzi o Komitet Centralny, a chodziło o góry, Karkonosze.

– Nie pamiętam, czy tak było, ale dowcip znam, bo sam miałem w zwyczaju go opowiadać – wyjaśnia Stanisław Ciosek. Ale zaprzecza, że protestował, by Steć poprowadził w góry Edwarda Gierka. – Gierka nigdy nie zabraliśmy w góry. Ale gdyby miał iść na Śnieżkę, to właśnie ze Steciem, bo to był najlepszy znawca Karkonoszy.

Kolejna mistyfikacja

Ciosek nie wierzy też w znajomość Stecia i Jaroszewicza. – Gdyby to była prawda, na pewno byśmy o tym wiedzieli – mówi. – Zwracano się do niego per „panie magistrze” – opowiada Ivo Łaborewicz, szef jeleniogórskiego archiwum. – Nie zabiegał o to, ale nie prostował, że nie skończył studiów.

Bardzo lubił też opowiadać o swojej pracy w Komisji Ustalania Nazw Miejscowości przy ministrze administracji publicznej. Jej celem było utworzenie polskich nazw na Ziemiach Odzyskanych. Ale nie ma żadnych dokumentów, które potwierdzałyby jego udział w pracach tej komisji.

Publikacje Stecia także budzą wątpliwości. Jeszcze w latach 80. przewodnik Marek Wikorejczyk zarzucił mu, że kopiował przedwojenne niemieckie teksty. Steć odpowiedział bez namysłu: „Pokaż mi jedno zdanie, które przepisałem dosłownie”. – Rzeczywiście niczego nie przepisał dosłownie – wyjaśnia dr Marek Staffa, znawca Sudetów i autor wielu książek poświęconych Karkonoszom. – Ale jak ktoś zna niemiecką literaturę, od razu zauważy podobieństwa.

Mimo ogromnej popularności Steć był raczej odludkiem. – Był homoseksualistą, wszyscy o tym wiedzieli, ale Tadeusz starał się z tym nie afiszować, choć często zmieniał partnerów – wyjaśnia Andrzej Jawor, przewodnik, goprowiec i dobry znajomy Stecia. Sporo mówiło się też o jego kontaktach z nieletnimi, a matki krzywo patrzyły na spotkania przewodnika z ich synami.

Jawor jednak kategorycznie zaprzecza: – Jako były milicjant z sekcji do spraw nieletnich musiałbym o tym wiedzieć – mówi. Przyznaje co prawda, że bywali u niego chłopcy z osiedla, ale jak twierdzi, Tadeusz opowiadał im tylko o górach. Nie potrafi jednak wyjaśnić, dlaczego jeden z nastolatków podczas takiej wizyty próbował udusić przewodnika. – Steć nie chciał tego zgłosić na milicji. Nie chciał kłopotów, bo w młodości miał już jakąś sprawę o molestowanie nieletniego – mówi.

Nikomu nie ufał

– I pewnie dlatego Tadeusz był taki ostrożny i nikomu nie ufał – dodaje Jawor. – Nie miał telefonu, a do domu wpuszczał tylko osoby, z którymi był umówiony. Niezapowiedziani goście całowali klamkę. Bał się też, że go okradną. Wszyscy bowiem wiedzieli, że Steć miał w mieszkaniu muzealny magazyn. Były tam rzadkie znaczki, złote monety, stare książki i ryciny. – Lubił błysnąć przed młodymi przewodnikami – wspomina Kulik. – Pamiętam, jak na kurs przewodnicki przyniósł starodruk z XV wieku.

W pierwszej chwili Kulik twierdzi, że mogła to być Biblia Gutenberga, ale szybko dodaje, że nie jest pewny. – Tuż po wojnie łatwo można było zdobyć starodruki. W okolicznych pałacach były wielkie biblioteki. Miejscowi palili w piecach takimi książkami. A on zbierał, kupował od nich za grosze – dodaje Kulik. Zamiłowanie Stecia do starych książek wspominała też Eugenia Triller, nieżyjąca już pierwsza powojenna archiwistka w Jeleniej Górze. – Powiedziała o nim: „Taki miły człowiek, sporo książek pożyczył i nigdy nie oddał” – opowiada Ivo Łaborewicz.

Prawdziwa sensacja

Morderstwo przewodnika stało się prawdziwą sensacją. Do jego wyjaśnienia powołano specjalną grupę operacyjną, która przesłuchała kilkaset osób. – Motyw rabunkowy został wykluczony – opowiada Janusz Woźniak, jeden z członków zespołu śledczego. – Z mieszkania zniknęły pieniądze, ale tylko te, które były na wierzchu. Spora suma w markach ukryta w słoiku pod szafą pozostała nietknięta.

Sprawca zostawił też zabytkowe księgi. Byliśmy zaskoczeni wielkością skarbu znalezionych w jego mieszkaniu. Na miejsce wezwaliśmy historyka sztuki, który widząc w przedpokoju starą księgę leżącą w szafce na buty, powiedział: „Boże, na to nie ma ceny, jak to można trzymać w domu?” – dodaje Woźniak. Był to inkunabuł z 1473 roku, prawdopodobnie pierwsza książka wydana drukiem w Polsce. Jej zdjęcia zachowały się w protokole z oględzin miejsca zbrodni. Były też starodruki z pieczęciami bibliotek i archiwów. Niektóre ze zbiorów biblioteki Szaff-gotschów (książąt niemieckich, niegdyś właścicieli ziem na Dolnym Śląsku).

Śledczy uznali więc, że kluczem do rozwiązania sprawy było życie seksualne przewodnika. Głównym podejrzanym stał się chłopak, seksualny partner Stecia. Szybko go odnaleziono. Podczas przesłuchania policjanci usłyszeli wstrząsającą historię. Stecia regularnie zapraszano do jeleniogórskich szkół, bo młodzież chętnie słuchała jego opowieści. Właśnie po takiej prelekcji zaciekawiony piętnastolatek przyjął zaproszenie starszego pana, który powiedział, że ma w domu ciekawe filmy wideo. I rzeczywiście miał, ale były to homoseksualne filmy pornograficzne. Po spotkaniu Steć wręczył mu 500 złotych i obiecał więcej za dyskrecję i kolejne odwiedziny. Ale ten młody człowiek nie był mordercą, miał mocne alibi.

Po kilku miesiącach dochodzenie utknęło w martwym punkcie. Sprawę pokazano w telewizyjnym programie „997” Michała Fajbusiewicza. Wtedy gdańscy policjanci zauważyli, że sposób działania sprawcy pasuje do młodego mężczyzny, którego właśnie zatrzymali. Był oskarżony o kilka podobnych napadów i zabójstw. Odwiedzał też Jelenią Górę. Przyznał się nawet do winy, a śledczym nie przeszkodziło to, że nie bardzo potrafił opisać miejsce zdarzenia. Sąd nie dał jednak wiary w materiał dowodowy oparty na wymuszonym przyznaniu się oskarżonego.

Archiwum X

Kilka miesięcy po śmierci przewodnika zmarła jego matka. Nie mając innych spadkobierców, cały majątek syna zapisała swojej opiekunce, siostrze PCK. Jednak prokuratura podważyła testament i po dwóch latach odzyskała klucze do mieszkania przy ulicy Orlej. To, co w nim jeszcze zostało, trafiło do Muzeum Karkonoskiego. Niestety, brakowało cennego starodruku. Resztę, czyli kilogram złotych pierścionków, zegarków i obrączek, 36 tysięcy marek niemieckich i blisko 500 mln starych złotych, przejął skarb państwa. Ale na nagrobek dla Stecia i jego matki musieli się złożyć przewodnicy i goprowcy.

Zakurzone akta sprawy morderstwa przewodnika od 1994 roku leżą na półce w sądowym archiwum. Mimo to na forach internetowych możemy przeczytać, że policyjny wydział „Archiwum X” już kilkakrotnie wznawiał śledztwo. Podobno ujawniono nawet nowe dowody łączące zabójstwa Stecia i Jaroszewicza. – To nieprawda – wyjaśnia prokurator Marcin Zarówny z pionu śledczego jeleniogórskiej prokuratury. – Dopiero zainteresowanie „Newsweeka” skłoniło mnie do zapoznania się z dokumentami. Jest w nich kilka szczegółów, które umknęły uwadze policjantów. Mamy też świadka, który zgłosił się niedawno. Ale na razie jest zbyt wcześnie, aby o tym mówić.

Choć zabójca przewodnika jest wciąż nieznany, wygląda na to, że największe marzenie Stecia spełniło się po jego śmierci – został bohaterem prawdziwej sensacyjnej historii.

Ivo Łaborewicz o Steciu w 'Słowniku Biograficznym'

16.01.2010

Jerzy Pokój pęknie z zazdrości! (Ściegnom rośnie konkurencja).


Do wiosny przyszłego roku w 60-tysięcznych Żorach na Śląsku powstanie Miasteczko Westernowe. W scenerii XIX-wiecznego amerykańskiego Dzikiego Zachodu znajdą się m.in. miejsca rozrywki i rekreacji, hotel i restauracje. Wartą ponad 21 mln zł inwestycję wspomogą unijne środki.
O tym, że przygotowywany od kilku lat projekt wkroczy wkrótce w fazę realizacji, poinformował Związek Subregionu Zachodniego woj. śląskiego, do którego należą Żory. Tamtejszy samorząd w styczniu rozstrzygnął przetarg na projekt budowlano-wykonawczy prac, które mają ruszyć wiosną.
Pomysłodawcy przedsięwzięcia chcą, by miasteczko stało się markowym regionalnym produktem turystycznym. Stąd m.in. unijne dofinansowanie ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Chodzi o przyciągniecie turystów do Żor, położonych przy popularnej drodze łączącej Katowice z Wisłą.
Głównym miejscem w miasteczku ma być około 150-metrowa ulica, z jednej strony zamknięta widokowo budynkiem saloonu, z drugiej żurawiem do czerpania wody i wodopojem. Przy ulicy staną drewniane, całoroczne obiekty handlowo-usługowe o westernowej architekturze.
W budynkach znajdą się m.in. hotel, restauracje, saloon, gdzie będzie można "potańczyć, wychylić szklaneczkę whisky czy pograć w kości", a także stodoła, gdzie będzie miejsce do ujeżdżania elektronicznego byka, smażenia kiełbasek czy nauki strzelania z łuku.
Atrakcją dla dzieci będzie Westernlandia - kraina zabaw z licznymi atrakcjami oraz kino, gdzie będą wyświetlane kreskówki, których akcja toczy się na Dzikim Zachodzie. Będzie również plac zabaw oraz mini ZOO. W miasteczku mają odbywać się m.in. festyny, konkursy, zawody, imprezy szkoleniowe i firmowe.
W westernowej scenerii będą także organizowane Targi Końskie, na które od lat do Żor przyjeżdżają hodowcy, głównie z południowej Polski. Otwarty zostanie sklep z akcesoriami do pielęgnacji koni i sprzętem jeździeckim. 
Dla porównania: Western-City w Ściegnach:


 

Szadź




Przejdźmy teraz do rzeczownika rodzaju żeńskiego szadź, występującego także w wariantywnej postaci sadź, przejętej do polszczyzny literackiej z gwar, a znaczącego tyle co "biały osad składający się z kryształków lodu, powstały wskutek zamarzania przechłodzonych kropelek mgły; szron" (w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku szadzi, sadzi, w narzędniku szadzią, sadzią). Szadź w języku literackim to także "siwy nalot na liściach roślin".
Bo też i nasz wyraz pochodzi od staropolskiego przymiotnika szady - "siwy, pokryty siwizną" (por. np. w czeskim szedy - "szary, siwy, posiwiały; popielaty", w rosyjskim sedoj - "biały, siwy"). Czytamy np. w Biblii królowej Zofii z r. 1455: "Przeciwko szadym głowam powstani". Wyjściową zaś postacią formy szady był prasłowiański rdzeń ched (z półsamogłoską-jerem na końcu), który w językach zachodniosłowiańskich przeszedł w szad-, a we wschodnio- i południowosłowiańskich - w sed-. 

Profesor Jan Miodek



Ja po prostu uwielbiam to słowo...

15.01.2010

Pobieżny przegląd prasy. Temat: Jelenia Góra.

Minęło pół miesiąca Nowego Roku, roku podwyżek, wyborów samorządowych i wychodzenia z kryzysu (nota bene mam wrażenie, że Polska z kryzysu wychodzi nieprzerwanie od 1989 r., więc mamy w tym wprawę...). Czas więc na pierwszą "prasówkę" w 2010 roku: 

Gazeta Wrocławska zastanawia się, kto wystartuje w wyborach na nadburmistrza (zwanego prezydentem miasta) Jeleniej Góry. "Grzegorz Schetyna zapowiedział, że w lutym na zjeździe powiatowym zostanie przeprowadzona ocena pracy prezydenta. Wówczas zapadnie decyzja, kto będzie kandydatem PO. Nieoficjalnie jako najpoważniejszego kandydata wymienia się posła Marcina Zawiłę. Twierdzi on jednak, że gdyby teraz dostał propozycję kandydowania, nie przyjąłby jej. Szanse na nominację ma też wicemarszałek Jerzy Łużniak i przewodniczący rady miejskiej Hubert Papaj". Nasz obecny Obrębama najprawdopodobniej nie otrzyma rekomendacji Platformersów, więc flirtuje ostro z organizacją Miłosza Sajnoga 'Dolny Śląsk XXI'. Ten ostatni zresztą również zastanawia się nad kandydowaniem, co z zajmowanego obecnie fotela vice-prezydenckiego (pomimo całkowitego nieróbstwa) winno być łatwiejsze, niż w poprzednich wyborach, kiedy to Sajnog startował z pozycji bezrobotnego nieudacznika. Do walki szykują się także Ireneusz Łojek od PiS-uarów oraz dwie postaci z gatunku politycznych zombie: pani Malczuk oraz pan Kusiak. Jeżeli nie pojawią się inne nazwiska - swój własny czynny obowiązek wyborczy dostrzegał będę w absencji wyborczej...

Ta sama Gazeta pisze o znacznych podwyżkach, które dotkną mieszkańców grodu "pod jeleniem": "Oprócz gazu, którego cena średnio skoczy o cztery procent, trzeba będzie więcej zapłacić za ogrzewanie mieszkań. A to jedna z większych pozycji na comiesięcznych rachunkach. Nowa taryfa weszła w życie 1 stycznia i spowodowała średni wzrost cen zakupu ciepła o 8,8 procent" [...] "Wzrosły też stawki podatków od nieruchomości, środków transportu i opłata targowa. Zostały podniesione średnio o 3,5 procent. To oznacza, że jeśli ktoś płacił 400 zł rocznie podatku od nieruchomości, wyda o 14 zł więcej.
Wszystko wskazuje na to, że podrożeją też bilety MZK. Od stycznia wzrosły też opłaty za mieszkania komunalne i socjalne. Stawka bazowa w lokalach komunalnych może być podniesiona z 4,10 zł do prawie 6 zł, jeśli w mieszkaniu jest centralne ogrzewanie i ciepła woda. Może też być obniżona o 30 proc., jeśli nie ma łazienki czy gazu. W zasobach miejskich jest 6000 mieszkań komunalnych. W przypadku lokali socjalnych, stawka od stycznia wynosi 1,44 zł za m kwadratowy
". Dodajmy do tego prawie 9%  podwyżkę cen prądu na Dolnym Śląsku (najwyższa skala podwyżek w Polsce) - i już wiadomo, że zaległości wobec miasta i fiskusa będą rosły.


Z doniesień pozytywistycznych i wesołych wybrałem dwa: "- Chcemy wybudować w Jeleniej Górze pas, który pozwoli lądować statkom powietrznym, które przewiozą więcej niż cztery osoby, nie więcej jednak niż dwadzieścia osób.– mówi Jacek Musiał, dyrektor Aeroklubu Jeleniogórskiego. – Uruchomi to regionalny port lotniczy, który pozwoli tym wszystkim, którzy chcą odwiedzić Jelenią Górę z potrzeb biznesowych i turystycznych, by mogli przylecieć, wylądować na betonowym pasie i zostawić ten samolot, a następnie wsiąść na rower czy w samochód, zwiedzić nasze miasto i najbliższe okolice oraz załatwić ważne sprawy". Wcale nie tak dawno, bo jeszcze jakieś  70 lat temu Jelenia Góra miała regularne pasażerskie połączenia lotnicze z Berlinem (o kolejowych nie wspominam, bo żal... ściska). Trochę śmieszą mnie te marzenia o  "biznesmenach", którzy z samolotów będą dokonywać desantu na Jelenią Górę, ale poczekajmy - specjalną strefę ekonomiczną mamy, jej wielką (i jedyną) zaletą jest to, ze stoi nieomal pusta...
Natomiast druga notatka o przepięknym tytule "Jelenia Góra zainwestowała w czystą wodę" uświadamia nam, jakie zaniedbania przyniosły lata 1945-2000 w sprawach infrastruktury komunalnej. "Trzy roczne budżety miasta - tyle Jelenia Góra zainwestowała w czystą wodę. Unijny projekt 'Zaopatrzenie w wodę i oczyszczanie ścieków w Jeleniej Górze' kosztował 38, 4 mln euro [...] Efekty zrealizowanego projektu to przede wszystkim nowy Zakład Uzdatniania Wody Sosnówka o przepustowości 25 tys. m3 wody dziennie, który zaopatruje w czystą wodę mieszkańców aglomeracji jeleniogórskiej, a także zmodernizowana oczyszczalnia ścieków wraz z kompostownią osadów, która poprawi stan czystości wód rzeki Bóbr. W ramach projektu wybudowano też 8-kilometrową sieć wodociągową oraz około 28 kilometrów sieci kanalizacyjnej". Dodajmy do tego naprawdę ogromny projekt realizowany przez Związek Gmin Karkonoskich na terenie powiatu jeleniogórskiego - i oto Kotlina Jeleniogórska jawić nam się będzie jako najbardziej proekologiczne miejsce w Polsce. A takie miano słono kosztuje (mieszkańców).

Na koniec o zimie, śniegu i kłopotach: narzekań na służby komunalne sporo: a to nieodśnieżony Rynek, a to kłopoty z poruszaniem się po chodnikach, czy wreszcie - gdy odpowiednie służby zabiorą się za usuwanie śniegu - skargi na... usuwanie śniegu. "- Wjazd przez kilka dni był kompletnie zablokowany. Musiałam kupić łopatę i przerzucić hałdę śniegu, bo inaczej bym nie wyjechała samochodem - skarży się Katarzyna Kowalczyk, mieszkanka ul. Moniuszki. Obok jeździł traktorek z pługiem, ale odśnieżał tylko ulicę i chodnik, parkingiem nikt się nie zajął - dodaje zdenerwowana". 20 centymetrów śniegu - i problemy jak na Alasce... Pan prezydent Obrębajki przemówił "w temacie": "- Służby pracują z wielkim poświęceniem, praktycznie 24 godziny na dobę, efekty tego już widać. Owszem, w pewnym okresie intensywność opadów była tak duża, że nie sposób było wszystkiego na czas w odpowiednim zakresie sprzątnąć. Uważam, że w tej chwili miasto jest odpowiednio oczyszczone, na bieżąco kontrolujemy sytuację. [...] Jak powiedział, Jelenia Góra to jedno z nielicznych miast Dolnego Śląska, które zdecydowało się na wywożenie śniegu. - To działanie wychodzące naprzeciw mieszkańcom. Efekty tego już widać w śródmiejskiej części miasta – mówił". No proszę! A Wy, niewdzięczni Jeleniogórzanie tylko narzekać i narzekać... Poważnie jednak: w pewnym stopniu podzielam opinię doktora Obrebalskiego.  Nie da się całkowicie zapobiec efektowi "przysypanego miasta", a czego nie wywiozą służby (komunalne naturalnie), to stopnieje najpóźniej za 2 miesiące. I o co tu kruszyć kopie?

14.01.2010

Mróz i mgła

Biały śnieg, szare powietrze, mleczne perspektywy... Jak atrakcyjnie  sfotografować mgłę? Nie mam pojęcia...





 (Jelenia Góra, 14 stycznia 2010, godzina 7.15. Temperatura: -11°C, bezwietrznie)

Perfektní aféra


13.01.2010

Wolimierz

Jutro krótki wypad do Wolimierza ~ czas odkurzyć stare kąty...

Linki:

12.01.2010

Będzie FANTASY PARK!

Wystarczyła jedna krótka wizyta wszechmogącego i lubiącego hazard Grzegorza S. w Jeleniej Górze (być może w niedługim czasie następcy Donalda Tuska na którymś ze stanowisk) i oto sensacja: 
Tym jednak co, od samego startu inwestycji, najbardziej interesowało mieszkańców był Fantasy Park, międzynarodowa sieć parków gier i rozrywki, którego powstaniu jedni tyle razy zaprzeczali, ile razy inni je potwierdzali. Dzisiaj możemy to oficjalnie, głośno powiedzieć: będzie działał park gier i rozrywki Fantasy Park, w którym znajdzie się kręgielnia z 8 profesjonalnymi torami bowlingowymi. Oprócz tego na odwiedzających czekać tam będzie 5 profesjonalnych stołów bilardowych oraz  wirtualny świat gier video z symulatorami wyścigów samochodowych czy motocyklowych, a także gry zręcznościowe, jak choćby cymbergaj, boxer i inne. Pomyślano również o najmłodszych, na których w centrum będzie czekał plac zabaw oraz specjalnie udekorowane pokoje, w których będzie można urządzać urodzinowe przyjęcia. Najbliższy Fantasy Park znajduje się dopiero w czeskiej Pradze lub polskim Sosnowcu!
Park Gier z całą pewnością będzie miejscem aktywnego wypoczynku dla całej rodziny. Poza profesjonalną rozrywką na gości będzie tam czekać także sala barowo-restauracyjna o oryginalnej aranżacji oraz wiele innych atrakcji, a wśród nich klub muzyczny, w którym będzie można także potańczyć. Wszystkie części Parku Rozrywki mają się charakteryzować ciekawym wystrojem i nowatorskimi rozwiązaniami przestrzennymi. Dzięki kombinacji nastrojowych i ciepłych kolorów oraz nowoczesnemu wyposażeniu, takiemu jak designerskie meble czy ekrany projekcyjne, na których na żywo będzie można śledzić wydarzenia sportowe i kulturalne, wnętrze parku będzie tworzyć unikalną atmosferę. Zgodnie z polityką firmy, Fantasy Park ma być miejscem unikalnym, najważniejszym punktem na mapie rozrywki całego regionu – miejscem spotkań, radości i zabawy, gdzie będą organizowane duże imprezy firmowe, koncerty oraz różnego rodzaju eventy. 


Jeleniogórzanom pozostaje cieszyć się, że obiekt powstanie ledwie 60 kilometrów od nas: w Zgorzelcu. Nam pan Schetyna podarował jedną "schetynówkę" (ul. Głowackiego), a przecież mógł nie dać nic!

Linki:
Fantasy Park
Schetyna w Jeleniej Górze

Internetowa 'Cygańska wyspa' z Kowar


Na początku miała powstać tylko informacyjna strona projektu "Zwykłe szanse dla niezwykłych ludzi" realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Dzięki zapałowi Romana Tryhubczaka – artysty malarza powstała galeria rysunków okraszona mityczną historią Romów.
Zamiar prezentacji projektu przerodził się w chęć pokazania Cyganów - wędrowców poszukujących wciąż odpowiedzi w niekończącej się drodze. Ludzi, którzy nie mając swojego kraju z ciągłej podróży uczynili sposób na życie. Musieli radzić sobie w skrajnie trudnych warunkach, często przepędzani prowadzili życie banitów, ciągle jednak towarzyszyła im wolność, śpiew i taniec.
Żeby przetrwać praktykowali wiele zawodów i w wielu, mimo ubogich warunków w jakich je wykonywali, osiągnęli poziom mistrzowski. Byli świetnymi cenionymi muzykami, tancerzami, kowalami (trudno wyobrazić sobie kuźnię w namiocie, a kowadło z kamienia), kotlarzami, hodowcami koni, treserami zwierząt, zajmowali się wróżbiarstwem a nawet szczurołapstwem. A gdy wszystkie sposoby zawiodły i trzeba było z czegoś nakarmić rodzinę, uciekali się do kradzieży (zawodu haniebnego, ale mającego tez swoich bohaterów – Janosik, Robin Hood, Arsene Lupin).
Cyganie przez tysiąclecie zachowali nie tylko swoją kulturę ale też genotyp, w dużej części dzięki sprytowi i umiejętnościom przedkładanym nad suchą wiedzę. Naród, który potrafił sobie zawsze poradzić w różnych społecznych sytuacjach, dostosować się do warunków pędził wciąż przez świat w pogoni za wolnością.
Stworzona strona to talia kart – atrybut często kojarzony z Cyganami - na niej przedstawione są sceny z ich życia autorstwa Romana Tryhubczaka. Są też tu uwiecznieni kowarscy Romowie wpisani w kowarską Starówkę i panoramę Karkonoszy – Władek ojciec i Władek syn, Jimmy, Marek, Dudek, Marysia, Lawinia, Amanda i kilku innych, a także nieżyjący już legendarny skrzypek Stefan Dymiter oraz akordeonista Bolek.


Na tej stronie opisana jest wizja Cygańskiej Wyspy – pomysłu, który ma być sposobem na godne życie kowarskich Romów i atrakcją turystyczną Kowar. Realizowany projekt nie zakłada stworzenia takiego miejsca (chociaż powstanie internetowa makieta multimedialna), ale ma być podstawą do jego zbudowania. Dziękujemy za zainteresowanie i zapraszamy do zapoznania się z naszą stroną.


"Cygańska Wyspa" to mądra strona internetowa - mądra i potrzebna. Wielki szacunek dla twórców strony, dla pana Romana Tryhubczaka i Kowarskiego Ośrodka Kultury. Pozostaje życzyć sobie (i animatorom strony), by projekt się rozwijał i aktualizował. 

PS: Znamienny cytat z Jelonka.com ("Trudne 12 miesięcy nad Jedlicą"): "W minionych 12 miesiącach pogłębiło się uprzedzenie do Romów mieszkających w Kowarach. Wszystko za sprawą pokaźnego wsparcia finansowego mniejszości etnicznej udzielonego dzięki programom unijnym i rządowym". Czy owi "uprzedzeni" nie rozumieją, że pieniądze "zainwestowane" w mniejszość etniczną służą całej społeczności i miastu?

Zdrastwujtie!

Добро пожаловать, друзья, в горах Крконоше!

Od kilku lat Rosjanie i Ukraińcy (z tych średnio zamożnych sfer) przyjeżdżali w polskie góry, wybierając głównie Tatry i Zakopane. W tym roku "odkryli" Karkonosze. Na ulicach Karpacza i Szklarskiej Poręby częściej niż w poprzednich latach słychać śpiewny język rosyjski i ukraińskie "akanie". Turyści zza wschodniej (i północnej!) granicy wypełniają lukę po coraz rzadziej odwiedzających nasze okolice Niemcach i Holendrach. No i przyjeżdżają właśnie teraz, w okresie krótkiego wyciszenia sezonu zimowego w Polsce. Szczególnie w Rosji na początku 2010 roku wypada sporo wolnego: od 1 do 5 stycznia świętowano nadejście Nowego Roku, 7 stycznia przypadło prawosławne Boże Narodzenie, kolejne dni także były wolne. A wkrótce nadejdzie maslenica, czyli karnawału tydzień ostatni, szczególnie hucznie i bogato obchodzony okres zabaw i obżarstwa. Rosjanie i Ukraińcy to bardzo dobry goście - o niebo lepsi od Niemców i Holendrów. Są szczodrzy i rozrzutni po słowiańsku, nie żałują ani na jedzenie, ani na trunki, ani na atrakcje turystyczno-sportowe. Ręce powinni zacierać kelnerzy - dzięki przyjezdnym ze wschodu rosną napiwki.
Często korzystają z możliwości zorganizowanych wycieczek po bliższej i dalszej okolicy, uwielbiają jednodniowe wypady do Pragi i do Drezna.
Najbardziej narzekają na dojazd - często bowiem poruszają się pociągami, a w Karkonosze coraz trudniej dojechać żelaznymi drogami. Zauważają także, że języka rosyjskiego nie widać ani w restauracjach (menu obcojęzyczne to z reguły menu po niemiecku), ani w informacjach turystycznych i folderach reklamowych. Trudno też znaleźć jest rosyjskojęzycznych Przewodników Sudeckich w naszym regionie: nastawiliśmy się pod tym względem na Niemców (i oczywiście Polaków), w niemieckim z reguły (rzadziej w angielskim) prowadzone były wycieczki dla Holendrów. Pośród kolegów "starszej daty" znam tylko dwóch, którzy płynnie mówią po rosyjsku. Teraz mogą mieć prawdziwe turystyczne "żniwa".
Uważam, że należy uczynić wszystko, by utrzymać tych turystów w naszym regionie - czy jednak będziemy potrafili szybko się przestawić z zapatrzenia na (niedomagający) Zachód na otwarcie ku Wschodowi? Kilka hoteli i pensjonatów pokazało, że tak.

10.01.2010

Zima


Jeżów Sudecki, 10 stycznia 2010

Napadało - i pada. Jak słyszę - w całej Polsce. Mnie przypomniało się, jak w "dawnych czasach" w styczniu z niecierpliwością czekałem na prognozę pogody w dzienniku telewizyjnym: czy pan Wicherek, albo pani Chmurka wreszcie zapowiedzą nadejście opadów śniegu? I z reguły zapowiadali: od 20 do 30 cm na Mazowszu, regularnie, co roku o tej mniej więcej porze. Mimo "propagandy sukcesu" i komunistycznej cenzury mówiło się także o opóźnionych pociągach, kłopotach w przemyśle i problemach ludności oraz (niezmiennie do dzisiaj) o zaskoczonych służbach drogowych.
Jednak tragedii narodowej z corocznego zjawiska meteorologicznego nikt nie robił; ot, zima, więc i śnieg musi spaść, i przymrozić powinno. Że uciążliwe? Z pewnością tak - gorsze były samochody (może lepsi kierowcy?), słabsze ciężarówki, ale pociągi nieomal takie same.

Może tylko autobusy były bardziej odporne na takie - normalne przecież zimą - warunki: stare Karose i produkowane na ich licencji Jelcze (ogórki) lepiej dawały sobie radę w trudnych warunkach drogowych, niż współczesne "luksusiaki".
Gdy słucham dzisiaj dramatycznych wiadomości w radio i telewizji, czytam katastroficzne doniesienia prasowe, to zastanawiam się, "o co loto"? Utyskiwanie na służby drogowe, na PKP i PKS, na kierowców TIR-ów (którzy istotnie niekiedy nie doceniają warunków na drodze i przeceniają własne umiejętności i możliwości "wypasionych" aut), na nieodśnieżone chodniki i osiedlowe uliczki... Mili Państwo: cudów nie ma, zima jest, pada śnieg. Za 3 - 4 tygodnie pewnie nie będzie po nim śladu (chciałbym się mylić...), a za rok sytuacja najpewniej się powtórzy. Warto więc aż do tego stopnia się ekscytować??? 


Wszystkim tym, którzy cierpią w pociągach i przysypanych samochodach - serdecznie współczuję. 





08.01.2010

Jeśli już zająłem się pieniędzmi...

...to może coś z innej beczki (czyli: jak dobrze wydać kilka groszy... kilka złotych... a może więcej?).
~

 

Wprawdzie klikając w banerek nie pomożecie Ewelinie (to nie "Pajacyk"), ale dowiecie się, o co chodzi. Wydaje mi się, że warto pomóc...

Prawie 100 milionów złotych dla Jeleniej Góry


Często (i - jak sądzę - nie bez racji) zdarzało mi się w 2009 roku krytykować naszego rodzimego prezydenta (miasta) Obrębamę za jego bardzo niezręczne, nieudane rządy w ratuszu. Zdania nie zmieniam: pan doktor Marek Obrębalski na stanowisku Prezydenta Miasta nie sprawdził się. Pod jednym wszak względem odniósł on (i urzędnicy mu podlegli: wielki szacunek dla pani Jadwigi Osińskiej) bezapelacyjnie spory sukces: Jelenia Góra otrzyma, dzięki staraniom władz miejskich, 65 milionów złotych bezpośredniej dotacji z Unii Europejskiej, a suma ta będzie najprawdopodobniej o ponad 30 milionów złotych wyższa, gdy domknięte zostaną umowy z ostatniego kwartału 2009 r. 
Jelenia Góra przy pomocy unijnych pieniędzy m.in. wybuduje południową obwodnicę miasta, odrestauruje zabytkowe barokowe tablice nagrobne i dokona rewitalizacji parku zdrojowego, gdzie zostaną przebudowane alejki, staną fontanny i klomby, a wszystko to oświetli iluminacja i otoczy kute ogrodzenie, takie samo jakie znajdowało się w tym miejscu w XIX w. Sporo będzie się działo także w zespole pocysterskim w Cieplicach, gdzie powstanie muzeum przyrodnicze i dom kultury Przystań Twórcza.
- Cieplice będą naszym markowym produktem, naszą perłą - deklaruje Jadwiga Osińska.
Dzięki środkom unijnym miasto zakupiło także ponad 60 kamer i jest niemal w całości monitorowane. Wśród nowych nabytków jest również samochód do monitoringu mobilnego, który będzie wykorzystywany m.in. do obsługi licznych imprez organizowanych w Jeleniej Górze.


To jednak - w mojej opinii - zła wiadomość dla obecnego prezydenta: w nowych, jesiennych wyborach samorządowych mieszkańcy miasta - kierując się rozsądkiem - winni głosować na człowieka, który posiada cechy dobrego menedżera, który będzie potrafił nadzorować i mądrze kierować wydawaniem tych pieniędzy (zrezygnuje wreszcie z kolesiowatej współpracy z Kółkiem Rolniczym w Siedlęcinie, ustali kryteria przetargów tak, by jakość była nie mniej ważna od najniższej ceny etc.), dobierze sobie kadrę fachowców, odpowiedzialnych (materialnie również!) za realizację projektów. Tych cech nasz Obrębama nie posiada. Zapytają Państwo o nazwiska? W tej chwili odpowiedzi nie potrafię udzielić - wszak nie wiem, kto chciałby w ogóle kandydować. Jedno jest dla mnie jasne - w żadnym wypadku nie powinniśmy kierować się przynależnością partyjną takiego kandydata. Polityczne gierki pozostawmy Warszawce i Wrocławiowi, w naszej mieścinie jesteśmy na to za słabi. Skłonny jestem namawiać do poszukiwania "burmistrza kontraktowego", dotychczas niezwiązanego z Jelenią Górą rodzinnie czy zawodowo, ale takiego, który ponosiłby za swoje działania i ich efekty odpowiedzialność faktyczną, nie "polityczną". Czego bowiem pan Obrębalski jeszcze by nie spieprzył - po skończonej kadencji miękko wyląduje na niezłym stanowisku, w najgorszym wypadku - na Uniwersytecie Ekonomicznym. Pośród studentów cieszył się opinią dobrego wykładowcy, jak wynika z moich rozmów z absolwentami (ówczesnej) Akademii Ekonomicznej. I po co było zmieniać "dobre" na "lepsze"? Dla kasy? 

(nota bene wybory samorządowe zapowiadają się bardzo gorąco: Polskatimes)

04.01.2010

Freya hrabina von Moltke

W Nowy Rok zmarła hrabina Freya von Moltke (z domu Deichmann), dożywszy 98 lat. Żona Helmutha von Moltke, właściciela majątku w Kreisau, dzisiejszej Krzyżowej koło Świdnicy, była członkinią "Kręgu z Krzyżowej" (Kreisauer Kreis), organizacji kontestującej niemiecki nazizm i hitleryzm. Jej mąż został stracony 23 stycznia 1945 roku za zdradę, ona zaś po wojnie wydostała z terenów należących już wówczas do Polski swoich synów i uciekła do Republiki Południowej Afryki.

Freya hrabina von Moltke, rok 1949

W latach 60-tych XX wieku przeniosła się do Stanów Zjednoczonych, do Vermont.
Gdy w 1990 roku powstała Fundacja "Krzyżowa" dla Porozumienia Europejskiego zaczęła aktywnie wspierać jej działalność. Honorowa przewodnicząca Zarządu i rady Fundacji. Wielka przyjaciółka Polski i Polaków. - Jestem dumna z tego, czym jest teraz Krzyżowa. Znowu służy spotkaniom, wspólnym rozmowom, porozumieniu się ponad narodowymi podziałami. Nic lepszego nie mogło jej spotkać. Helmuth James byłby szczęśliwy. W 2000 roku została Honorową Obywatelka Świdnicy (vide także Swidniczanka.com).


Również:
Szenen auf Schloss Kreisau - Die Welt (po niemiecku) 
Odeszła przyjaciółka Polaków - PolskaTimes (chyba po polsku...)
Freya von Moltke - strażniczka pamięci - Gazeta Wrocławska

03.01.2010

Lód na Rynku, sztuczna szczęka w mięsnym

"2 stycznia o godz. 12.00 na Placu Ratuszowym w Jeleniej Górze rozpocznie się ustawianie 4 brył lodowych, z których powstaną rzeźby, przygotowane przez najlepszych w Polsce artystów, specjalizujących się w tworzeniu lodowych dzieł. Kolejne 4 bloki lodowe zostaną ustawione w Parku Zdrojowym w Cieplicach. Rzeźbienie rozpocznie się od godziny 14.00 na Placu Ratuszowym i od godziny 16.00 w Parku Zdrojowym.
Artyści zdradzili temat dwóch lodowych dzieł. Na placu Ratuszowym powstanie Jelonek, natomiast w Parku Zdrojowym w Cieplicach – Królowa Marysieńka"
.

Zwabieni taką zapowiedzią, udaliśmy się w Drugi Dzień Nowego Roku na Rynek Staromiejski (zwany Placem Ratuszowym). Miasto jeszcze najwyraźniej nie doszło do siebie po szampańskich zabawach: ulice puste, sklepy zamknięte (głównie z powodu inwentaryzacji), na deptaku spotkaliśmy niewielką grupkę turystów zza Odry (i Nysy) oraz rodzinkę z Górnego Śląska (z beaglem... - to taka psia rasa), który natychmiast zakolegował się z naszą Frodą. 



Pod Ratusz dotarliśmy pół godziny po czternastej. Lodowe prostopadłościany istotnie właśnie wyładowywano, ale artystów rzeźbiarzy nie było.  (Uzupełnienie: portal NJ24 podał, że rzeźbienie rozpoczęło się o 18:00)





Pokręciliśmy się więc po pustym nieomal Rynku i ruszyliśmy spowrotem do Strupic (zwanych Zabobrzem).

Na drzwiach jednego ze sklepów mięsnych znalazłem takie oto ogłoszenie:





Pozostaje życzyć 'scęśliwego nowego roku', a roztargnionemu właścicielowi 'scęki' szybkiego powrotu na zakupy...

Flagi

free counters